Opublikowano:

Wczoraj miałam problem i się cieszę!

Miałam wczoraj z Kaflem o tyle fajny dzień, że musiałam rozwiązać problem. Wiecie, kiedy jestem u niego tak rzadko (ostatnio byłam u niego 2 tygodnie temu i jest to swego rodzaju rekord częstych odwiedzin), to nie mam za bardzo możliwości go szkolić, mogę jedynie podtrzymywać część jego umiejętności wypracowanych sześć lat temu. Nauka wymaga regularności i powtarzalności – a co to za powtarzalność, jeden trening we wrześniu, drugi w październiku, trzeci w lutym? Więc moje jazdy są czysto rekreacyjne, są to zawsze spacery, raczej krótsze (bo oboje jesteśmy buły) i za każdym razem wielce się dziwię, że koń mi nie zdziczał aż tak bardzo, jakby mógł. Efekt uboczny (i przykry) tego wszystkiego jest taki, że nie mam żadnych wyzwań, progresu, no po prostu nuda i odgrzewanie kotleta.

Mój wczorajszy problem też nie należał do szczególnie ekscytujących. Powiem wręcz, że jest to dobry przykład, jak bardzo mi się nudzi w moich relacjach z Kaflem, skoro wietrzny dzień i elektrycznego konia uznaję za urozmaicenie i coś ciekawego. Ciekawy to powinien być płynny side-pass po zygzaku albo lotne na małym okręgu albo choćby zwykły trening skokowy, a nie że koń mi chrapał i się płoszył – a potem przestał 😉 Ale powiedzmy, że nawet dobrze, że mam takie problemy, bo lepiej rozumiem początkujących 😛

A było to tak: przyjechałam, wzięłam dziada z padoku, mniej-więcej oczyściłam (bo dokładnie się nie dało – wygląda jakby go ktoś obsikał; może to i dobry trop), osiodłałam, okiełznałam, podprowadziłam pod schodki i wsiadłam. Gdy byłam u niego ostatni raz, na pewno część z was pamięta, poczyniłam obserwację, że Kafel ma już piętnaście lat, towarzyszy mi od trzynastu (!!!) i to dobry moment, by móc sobie na niego tak po prostu wsiąść i pojechać. No więc wsiadłam, przejechałam 200 metrów, zsiadłam, odprowadziłam, rozsiodłałam i stwierdziłam, że może jednak najpierw poćwiczymy z ziemi.

Bo widzicie: mam zawsze na sobie dobrze dopasowany kask, kamizelkę ochronną oraz odblaskową, a przed wyjazdem w teren informuję kogo trzeba, gdzie jadę i mniej więcej kiedy wrócę. Tylko że mimo tych wszystkich zabezpieczeń wciąż nie planuję sprawdzać ich skuteczności. Nie chcę się dowiadywać, czy kask chroni przed wgnieceniem mózgu w ziemię, czy dzięki kamizelce nie zostanę sparaliżowana i czy przez odblaski znajdą mnie po 12 godzinach, a nie że dwa lata później, kiedy leśnicy będą robić wyrąb drzew na bagnie. Tak więc przejechałam 200 metrów, nawet nie dojechałam do mostka (tego od Testu Mostka), bo Kafel mi zaczął caplować (!!!) i iść bokiem i stwierdziłam, że piętnaście lat to przecież wiek buntu, poszukiwania własnej tożsamości, wystawiania autorytetów na próbę i że się nie powinnam dziwić, i co ja sobie myślałam.

Myślę, że Kafel nigdy nie umrze, bo gdy przyjdzie po niego Śmierć, to on po prostu zadrze kitę – spadek po Pilarce, i powie Śmierci coś w rodzaju „spoko spoko, możesz mnie zabrać za tęczowy most, tylko najpierw mnie złap na padoku, a jak ci się uda, to spróbuj na mnie wjechać w zaświaty; masz jedną szansę. Do zobaczenia NIGDY”.

Wzięłam więc dziada na lonżę i kantarek sznurkowy. Bez większych ceregieli cmoknęłam i „galop”, by zobaczyć, w jakim dokładnie jest nastroju. Był w nastroju wietrznym. Szczota do góry, chrapy rozdęte i płoszenie się kępek trawy o innym odcieniu. To nowość, bo zazwyczaj jego niesubordynacje wynikają po prostu z przerwy i tego, że żaden ze mnie lider, skoro mnie nigdy nie ma. Tym razem niesubordynacje były przez fatalną pogodę (+ przez to że mnie nigdy nie ma).

Typowy przepis na takiego rozbieganego, elektrycznego, wietrznego konia brzmi: wyciszyć. Odangażować zad. Chody boczne. Skupić uwagę na człowieku i zadaniu. Odczulać. Zabrałam się więc do wszystkich ćwiczeń po kolei, żeby Kafel zaczął mnie widzieć, chwilka rozgrzewki na lonży w kółko, zwroty na przodzie, zadzie, side-pass, cofania, w szczególności także ruchy te w większej odległości, by koń faktycznie reagował na MOJE polecenia, a nie automatycznie na to, że go gdzieś dotykam. Koniec końców jednak najlepiej podziałało zadanie w ruchu, w kłusie i galopie, a to dlatego że było dla Kafla bardzo trudne i musiał naprawdę uruchomić swe szanowne zwoje mózgowe. Znaczy się: kazałam mu kłusować i galopować po naprawdę małym kółku. Takim trzy-cztero metrowym (średnica).

On to ćwiczenie dobrze zna jeszcze z czasów, kiedy z nim normalnie pracowałam. Moja chęć nauczenia go poruszania się po super-małych kółkach wynikała z potrzeby płynniejszego poruszania się w terenie. Bo ja potrafię już po fakcie zorientować się, że należało gdzieś skręcić. Można konia nauczyć półpiruetu w galopie, ale nigdy nie doszliśmy do tego poziomu (smutek), więc postanowiłam zadowolić się możliwością zakręcenia w galopie na obszarze ścieżki, czyli zrobienia pół kółka na jakieś 2-4 metry. Bardzo polubiłam ćwiczenia z małych kółek, bo one wymagają od konia bardzo mocnego obciążenia zadu (nie są to piruety, ale nie jest to też po prostu galop – wymaga to od konia ustawienia, uniesienia przodu i ruchu częściowo bocznego), a chyba najbardziej lubię to, że koń sam dobrze wie, co ma zrobić. Sam się prawidłowo ustawia pod to ćwiczenie. Z mojej strony zostaje pilnować, żeby mu za dużo nie kazać, bo on przecież jest masakrycznie niewyćwiczony: więc tego galopu to parę fuli, tego kłusa też nie za wiele, dużo przerw. Jak się koń zmęczy, to może zechcieć poszukać innego wyjścia z sytuacji, czyli np. biegać bezmyślnie z głową w środku, wypadać łopatką albo zadem, a nie o to tu chodzi! Więc ostatecznie sprowadziłam pegaza z chmur na ziemię dzięki kręceniu kołek w kłusie i galopie 😉

Bardzo dumna z ostatecznego wyniku, jakim był spokojniejszy i „osadzony w świecie” koń, zeszłam z placu, by sekundę później zostać popchniętą przez mojego prężącego się rumaka, chrapiącego tak, że mnie opluł glutami, ze szczotą pod niebo i ogólną postawą ciała, że On To Zostanie Gwiazdą Pokazu Koni Arabskich (jeśli nie będzie miał konkurencji i dopuszczą półkrew…). Rozejrzałam się, to co zburzyło nasz spokój, to było dwóch idących pracowników. Przypomniałam Kaflowi, że to już trzynaście lat, jak go uczę, że nie wolno na mnie wchodzić, Kafel powiedział coś w rodzaju „no wiem, wiem, ALE”, po czym stwierdziłam, że dosyć tego naturalizowania, jeszcze chwila i stanik zdejmę (a na to za zimno!) i BASTA, wsiadam, najwyżej zlecę.
Ja coś mam z tym lękiem przed zlatywaniem, faktycznie się tego boję (może najbardziej się boję konieczności pieszego wracania przez las 8 km w deszczu). No nie lubię, kurcze. Ale mam taką jeździecką odwagę społeczną, by to powiedzieć: Nie lubię spadać, boję się spadać i nie chcę spadać. Przy czym ostatni raz spadłam… w… e… jakoś w 2014-ym xD Może to jest problemem, dawno nie spadałam 😉 (A tak na serio to chodzi o to, że jestem niewyćwiczoną bułą i jak zlatywałam jako lekka i ruchliwa 14-latka to nie bolało, a jak teraz jestem stara krowa i łupnę o ziemię, to mnie tydzień łamie, strzyka i boli ;))

Oczywiście nie spadłam. Bo, jak mówiłam, ja raczej nie spadam.

Chłopak przez cały teren był taki „chrapu-chrap, ooo, galopujemy? nie galopujemy? ale czemu? chrapu-chrap bo drzewo, chrapu-chrap bo ziemia, nie galopujemy? przecież widzę brzozę, brzoza to oczywisty sygnał do galopowania! chrapu-chrap bo tak, bo łosie, deszcz, teren i bo jestem Dziecko Wiatru”. Przy tym wszystkim był nadzwyczaj grzeczny (jak zwykle), raz spiął dupkę w galopie, jak mu sarna wyskoczyła spod nóg, oprócz tego zignorował stado łosi, które nie mogły się zdecydować i przekłusowały przez ścieżkę przed nami w te i z powrotem chyba cztery razy. W tym sezonie pod wycinkę poszedł spory fragment najbliższego lasu oraz pogrodzono bardzo dużo młodników, więc topografia terenu się zmieniła i stwierdzam, że na bardzo dobrze: pojawiła się nowa fajna pętla do galopu, a dwie ścieżki stały się bardziej zachęcające, odkąd nie wiodą przez chaszcze, tylko przez ogrodzone uprawy. Kaflowi też się podobało, on bardzo lubi iść po nowych ścieżkach.

Może inaczej: Kafel bardzo lubi. Wszystko. W terenie. Po znanych sobie ścieżkach zmienia nogę w galopie przed zakrętem sam z siebie i za każdym razem jest z siebie wielce zadowolony. Mam poczucie, że wtedy w jego głowie rośnie poczucie „Jestem taki mądry, że to wymyśliłem, że to przewidziałem! Najmądrzejsza Buła w lesie!”. Nowe ścieżki przemierza z dumą kolonizatora. Każdą przeszkodę pokonuje z uwagą i wręcz śmiesznym skupieniem. To naprawdę dobry koń.

To tyle 🙂 Dzisiaj też fajnie, bo pojechałam w teren z koleżanką 🙂 Boi mnie tyłek, bo głównie stępowałyśmy – plotkowanie nie lubi kłusa i galopu (szczególnie gdy konie nie chcą iść obok siebie).

Opublikowano:

Po co nam figury ujeżdżeniowe?

Czyli tzw. rysunek?

Kiedy miałam 7-12 lat, proste rysunki na ujeżdżalni były dla mnie po prostu sztuką samą w sobie. Jeździłam jako-tako i zrobienie ładnej wolty nie tylko było trudne, a wręcz niemożliwe. Nie posiadałam jeszcze umiejętności do wyginania i ustawiania konia. Huculskie wygi szkółkowe stanowiły wyzwanie nawet dla doświadczonego jeźdźca pod względem tak „zaawansowanych” elementów jak koła czy wężyki.

Na początku naszej jeździeckiej kariery figury na ujeżdżalni pełnią następujące role:
1. Stanowią wyzwanie w wykonaniu
2. Uczą tego, jak ważna jest precyzja w jeździectwie
3. Dają podstawy do późniejszych trudniejszych elementów
4. Uczą konsekwencji
5. Uczą zasad poruszania się po ujeżdżalni

Ten ostatni punkt o zasadach jest bardzo istotny. Figury pozwalają przewidzieć zachowanie się innych użytkowników ujeżdżalni. Nie wpadamy na siebie nawzajem, bo potrafimy przewidzieć, że ktoś, kto jedzie właśnie przekątną, nie postanowi w 1/3 zrobić skoku w bok, wykonać pół kółka i promil serpentyny, po czym eleganckim esem-floresem odjechać w dowolnym kierunku (to znaczy zawsze istnieje ryzyko, że coś takiego zrobi, ale to będzie decyzja konia).

Zasady pozwalają na organizację solidniejszego treningu, bo mamy wyrobiony wspólny język z instruktorem i możemy skupić się na dodaniach na przekątnej, a nie ustalaniu, czym jest przekątna. Koniec końców, figury te są znane również koniom, dzięki czemu unikamy bałaganu komunikacyjnego. Na początku nauki jazdy konnej często dochodzi do nieporozumień i może nie zawsze masz poczucie, że koń to twój partner, ale kon to naprawdę twój partner! Także w tym sensie, że zna swoją pracę i zna te figury.

Kiedy już potrafimy w miarę wykonywać rysunki, nasze proste przypominają proste, a koła bywają okrągłe, możemy zacząć się skupiać na tym, co robi się podczas figur. Podczas jeżdżenia figur dba się o ustawienie konia, wykonuje dodania i skrócenia, wpisuje chody boczne, poprawia się równowagę, rytm, rozluźnienie i ciąg dalszy piramidy. Wszystkie figury są potrzebne w gimnastyce skokowej, która łączy skoki z ujeżdżeniem. Kilka przykładów:

  1. Półwolty przestają być jedynie zmianą kierunku, stają się podstawą do nauki kontrgalopu, elementu potrzebnego w gimnastyce i nauce lotnych zmian nogi, a także chodów bocznych.
  2. Wolty w kłusie przestają być katorgą („większe to kółko!” „nie daj mu przejść do stępa!”). Na łukach różnej wielkości będziesz wyciszać nadpobudliwego konia, poprawisz ustawienie na pomoce. Dzięki jeździe po kole w niższym ustawieniu i żuciu z ręki rozciągniesz grzbiet konia.
  3. Wężyki poprawią elastyczność. Serpentynami dodatkowo wprowadzisz dyscyplinę i sprawdzisz, czy potraficie wraz z koniem żonglować łukami i prostymi.
  4. Na długich prostych – np. przekątnej – będzie można poprawić równowagę konia przy chodach dodanych i wyciągniętych. Zachowanie linii prostej da przestrzeń do ćwiczenia lotnych zmian nóg w galopie.
  5. Na ósemce sprawdzimy równość konia, jest to również dobra figura do ćwiczenia lotnych zmian.

Przykłady można mnożyć, to tylko kilka najprostszych. Tak więc – niech wasze wolty będą mniej więcej okrągłe, a proste – bez kantów!

Tutaj znajdziecie arkusze do wydrukowania, które pomogą wam w teoretycznej nauce figur na ujeżdżalni 🙂

Opublikowano:

Jak wydać książkę

Przymierzałam się do tego tekstu wielokrotnie, ale wydawanie to temat rzeka i tak sobie myślę, że nie ma sensu próbować zawrzeć wszystkich informacji. Jeśli ktoś z was się za to zabierze i w praniu wyjdą jakieś problemy, to wtedy dawajcie znać – może razem coś uradzimy 🙂

1. JAK NAPISAĆ KSIĄŻKĘ
W zasadzie sprawa prosta. Siadasz i piszesz – przez jakieś kilkaset albo więcej godzin.
Serio, nie ma lepszej rady, niż: PISZ, BUŁO!!! Tak, będzie ciężko, szczególnie na początku, w środku i na końcu. Pisarze nie mają magicznych sposobów na Boskie Natchnienie. Siadają i piszą. Jak w każdej pracy kreatywnej, tylko w tym przypadku nikt ci nie powie „słuchaj no, pisarz, potrzebujemy 20 stron maszynopisu przed szesnastą, tak więc lepiej się pośpiesz”. Musisz mówić sobie to sama.

2. JAK WYDAĆ KSIĄŻKĘ
Mam dla was piękne Drzewko Decyzyjne.

Zacznijmy od pupy strony, czyli jakie w ogóle masz opcje.
1. Normalne wydawnictwo – które weźmie twój tekst, opracuje, złoży, wydrukuje, wypromuje i ci zapłaci, a jak napiszesz drugą książkę, to się ucieszy.
2. Self publishing – bierzesz wszystko na siebie i załatwiasz samodzielnie.
3. Vanity press (uwaga! Żadne vanity press nie powie o sobie, że jest vanity press! Nazywają się zwykłymi wydawnictwami!) – kusiciele, którzy mówią: twoja książka jest rewelacyjna, dej nam kupę forsy, a ją wydamy. Jak masz tak wydać książkę, to jej nie wydawaj!

Teraz bierzemy wady i zalety dwóch pierwszych i jedynych możliwych opcji.
1. Wydawnictwo: zapewni ci profesjonalną współpracę. Popracujesz trochę z redaktorem, a potem spijasz śmietankę, bo wydawnictwo nie tylko wydaje, ale też dystrybuuje, sprzedaje, zapewnia grupę odbiorców. Ale wydawanie tradycyjną drogą ma też swoją wadę i jest to wada finansowa: dostaniesz jakieś 10% ceny okładki. Jak dobrze pójdzie, to będzie 3,5 zł od książki (minus podatek dochodowy). Jak nie ogarniasz umów i cię wykiwają, to będzie to 2 zł. Nakład standardowy to 3k. Czyli liczymy: zarobisz 6-10,5 tysiąca MINUS podatek dochodowy, nie zapominajmy o tym dziadostwie. Czyli 5-8,6 tysiące. Przykro mi, ale to nie są kokosy. Pierwszych książek na pewno nie pisze się dla pieniędzy. Ludzie mówią: na książkach nie zarobisz. To nie jest prawda, ale już proste wyliczenia to kubeł zimnej wody: na książkach da się zarobić. Tylko jest to cholernie trudne.
2. Wydajesz samodzielnie: wszystko fajnie, do twojej kieszeni wpadnie jakieś 60-70% ceny okładkowej, ALE… raz, że musisz tę książkę zrobić (DOBRZE i profesjonalnie! potrafisz?), a dwa że musisz tę książkę sprzedać (masz komu?).

Im mniej umiesz, tym więcej musisz zlecać dla zachowania profesjonalizmu – czyli płacić. Tutaj ktoś się może zapytać: skoro mam płacić za wydanie książki, to czemu nie mogę skorzystać z oferty Vanity Press? A to dlatego, że oni dodatkowo zarabiają na tobie. Czyli biorą powiedzmy dodatkowe 2k za przygotowanie tej książki. Jak sam pozlecasz ludziom  składowe pracy nad książką, to wyniesie cię to mniej. A poza tym, jeśli nie umiesz poradzić sobie z samodzielnym wydaniem, to może sięgnij jednak do tradycyjnego wydawnictwa? Po to one są. Autorzy nie muszą umieć wydawać książek!

JAK ZNALEŹĆ WYDAWCĘ I CZEMU NIKT NIE CHCE MOJEJ KSIĄŻKI?
Rozesłałeaś książkę do wszystkich wydawnictw i nikt nie odpowiedział? Oto następujące przyczyny:
1. Twoja książka jest kiepska.
Przykro mi, ale to bardzo prawdopodobne, nawet jeśli uważasz inaczej. Ludzie piszą bardzo dużo i większość propozycji nie zostanie wydana. Bo jest kiepska. Trzeba mieć pecha, by dobry tekst się nie sprzedał (chyba że popełniasz także poniższe błędy)
2. Wysyłasz do złych wydawnictw – wydawnictwa się specjalizują, upewnij się więc, czy wysyłasz do 20 odpowiednich wydawnictw, czy do 20 przypadkowych.
3. Wysyłasz nie to, o co proszą.
Zazwyczaj proszą o całość – nikogo nie interesuje pomysł albo pierwsze 20 stron. Chcą całość.
4. Schrzaniłeaś streszczenie
Oprócz tekstu wydawnictwa zazwyczaj proszą o notkę biograficzną (kto ty jesteś, czy masz marketingowy potencjał i czy nie jesteś nudnya) oraz o streszczenie. To streszczenie to cholernie trudna sprawa i niestety trzeba poświęcić na nie bardzo dużo czasu. Nie tylko na pisanie streszczenia, ale chyba przede wszystkim na risercz internetowy, jak takie streszczenia się pisze – bo to osobna sztuka, umieć sprzedać książkę jednym zdaniem.
5. Twoja książka jest niby dobra, ale w zasadzie to podobnych jest milion, albo nie ma grupy odbiorców
Wydawnictwa patrzą na książkę jak na produkt. Jeśli twój produkt jest kierowany do zbyt wąskiej grupy osób, albo temat został wyeksploatowany, to wydawnictwa mogą się bać, że książki nie sprzedadzą.

OK, CZYLI JAK ZNALEŹĆ WYDAWCĘ?
1. Robisz listę wydawnictw (idziesz do księgarni, patrzysz kto wydaje tytuły o podobnej tematyce; przeglądasz książki w internecie i robisz dokładnie to samo)
2. Opracowujesz swoją notkę biograficzną i streszczenie/plan
3. Wchodzisz na strony internetowe wydawnictw, szukasz zakładki Kontakt albo Dla Autorów
4. Nie wysyłasz niczego, tylko zamykasz maila i wracasz do tematu za pół roku.
5. Sprawdzasz po pół roku, czy wciąż chcesz się podpisać swoim imieniem pod ta książką
6. Jeśli tak, to wysyłasz zgodnie z instrukcjami na stronach internetowych
7. Czekasz
8. Po 2-3 miesiącach, jeśli nie masz odzewu, możesz zadzwonić do wydawnictw i dopytać się, czy książka została odrzucona, czy też w ogóle jej nie otworzyli
9. Być może trzeba poczekać nawet rok…

WRACAMY DO SAMORÓBSTWA!
Self-publishing jest OK, jeśli:
1. Chcesz mieć książkę na półce i pękać z dumy (i tylko tyle)
2. Chcesz po prostu przeprowadzić taki projekt, pouczyć się na własnej skórze jak wygląda przygotowanie książki
3. Chcesz ją sprzedać, ale masz warunki do sprzedaży.

CHCĘ MIEĆ KSIĄŻKĘ DLA SIEBIE
W takim razie sprawa jest prosta! Nie opłacaj redaktora, korektora ani nic. Przygotuj książkę w wordzie w popularnym formacie (np. A5) i wyeksportuj do PDF’a. Następnie przygotuj okładkę w Wordzie i wyeksportuj do PDF’a. Następnie pójdź z pendrivem do lokalnej drukarni (każde większe miasto taką ma) i powiedz, że chcesz mieć wydruk w formie książki. Koszt takiej zabawy to 20-100 zł od egzemplarza. Wróć pod koniec dnia i ciesz się swoją własną książką!

CHCĘ BYĆ SŁAWNYA I ŻEBY MNIE CZYTALI
No to wchodzimy na wyższy poziom, bo trzeba odwalić całą robotę wydawniczą. Do tego trzeba mieć zaplecze w postaci jakiegoś wydawnictwa (znaczy się firmy, która sobie wpisała w PKD działalność wydawniczą), bo wtedy taniej ci drukują. A w ogóle to większość drukarni pozwala u siebie wydawać, co w praktyce oznacza właśnie zmniejszenie kosztów druku z pełnego VATu na VAT książkowy.

Etapy pracy nad książką (musisz ogarnąć wszystkie):
1. Upewnienie się, że twoje dzieło to na pewno nie jest goowno
2. Znalezienie beta-readerów, czyli pierwszych czytelników, którzy dadzą ci wszelkiego rodzaju wskazówki i uwagi
–> tu powinien być jeszcze jeden punkt, 2.5. Promocja (bo promocję zaczyna się bardzo wcześnie)
3. Poddanie tekstu korekcie autorskiej i redakcji autorskiej (w tym celu najlepiej odłożyć książkę na kilka miesięcy na bok)
4. Oddanie tekstu do redakcji (szukasz redaktora, sprawdzasz i ustalasz stawkę, spisujecie umowę)
5. Naniesienie poprawek po redakcji i ewentualne oddanie ponowne do redakcji.
6. Oddanie do korekty.
7. Oddanie grafikowi, który ustali layout (wygląd wewnętrzny książki) i wprowadzi tekst.
8. Oddanie do korekty technicznej, która sprawdzi tekst ostatni raz, a także upewni się, że nie ma błędów składów.
9. Znalezienie grafika, który zaprojektuje okładkę.
10. Ustalenie nakładu
11. Znalezienie drukarni, która wydrukuje porządnie, tak jak chcesz i w zakładanej przez ciebie cenie
12. Wydruk
13. Dystrybucja i sprzedaż

Dużo roboty, nie? W zasadzie nie ma tutaj punktu, który da się ominąć. Musisz to wszystko zrobić samodzielnie albo znaleźć kogoś, kto ci to zrobi. To oznacza, że samodzielne profesjonalne zrobienie książki to łącznie koszt 5-8 tysięcy.

CZY DA SIĘ TANIEJ
I jednocześnie żeby było dobrze? No… tak, można odpuścić druk i przygotować ebooka 🙂 Są portale, które ułatwiają ten proces, korzystasz z gotowych wzorców i w ten sposób jesteś do przodu z layoutem czy grafiką. Jeśli ograniczysz się do pracy redaktora i korektora, to koszt staje się przyjemnie niski (1000-1500 zł). Niestety, promocja ebooka jest bardzo trudna. Mówiąc krótko, będzie to łatwiejsze, jeśli będziesz blogerem. Albo jeśli będziesz mieć grupę odbiorców. Jeśli nie masz odbiorców, nie wydawaj samodzielnie – szukaj wydawnictwa.

Przypominam, że na każdym etapie złapią cię podatki i inne syfy. Pamiętaj o formalnościach, o ISBNie (którego nadawanie jest proste, tylko później trzeba rozesłać książkę po bibliotekach). Pamiętaj też, że jeśli nikt nie chce wydać twojej książki, to wiesz… może trzeba napisać drugą, lepszą? 🙂

I to chyba tyle na razie 🙂 Jak sobie coś przypomnę, to dopiszę do tekstu.