Opublikowano:

wpis z 29 września 2017 :)

Znacie to cudowne uczucie, kiedy na nic się nie ma czasu i macie tak dużo do zrobienia?
Do poprawki: Znacie to OKROPNE uczucie?
No więc ja wybieram opcję numer jeden i doświadczam teraz CUDOWNEGO uczucia.

Ogólnie to siedzę przed kompem całymi dniami i nocami, więc niby się nic nie zmieniło, a jednak. Dużo się dzieje.

#Luzaczka jest oficjalnie wydrukowana! Stoi w wielkich pudłach i czeka na rozpakowanie. Gdyby nie to, że przebywam daleko poza domem, przyśpieszyłabym premierę #Luzaczka.i, skoro już FIZYCZNIE JEST. Gdy wrócę do domu, to rozważę wcześniejszą wysyłkę i przyśpieszenie premiery. Ucierpi na tym profesjonalizm (przesuwanie daty premiery?! kto to słyszał!) ale hej! ja NIGDZIE nie mówiłam, że jestem w czymkolwiek profesjonalistką 😉

#Luzaczka zmusiła mnie do nauki wielu technicznych i księgowych umiejętności. Do tej pory wszystkie płatności były przepuszczane przez inną firmę, od niedawna jest to firma TŻ. Więc teraz piszę ten post jako przerwę od wystawiania pietryliarda faktur. To fajna praca. Każda jedna faktura to jak olbrzymi LIKE, to jak niebieska łapa wielkości ziemskiego globu, trzymająca transparent: „ufam ci, żeś odwaliła robotę godną zapłaty”. Każda przedpremierowo sprzedana książka to z jednej strony powoli spłacająca się pożyczka zaciągnięta na wydruk, a z drugiej strony taki właśnie superpozytywny komunikat, że gdzieś tam, pod tymi różnymi adresami na fakturach, są realni ludzie, którzy lubią mojego niechlujnego bloga. FAJNIE.

Poza tym ja strasznie lubię wypełniać rubryczki. Kilka lat temu miałam praktyki w PZJ. Przez miesiąc wprowadziłam dane setek osób zdających Odznaki Jeździeckie. To był błogi miesiąc. Kocham tabelki.

Robię sobie też przerwę od robienia transkrypcji wywiadów z emigrującymi Romami. Dobrze, że transkrypcje można robić wszędzie, bo aktualnie opiekuję się hotelem dla psów, a to takie miejsce, gdzie nie każdą pracę da się pogodzić 😉

Od następnego tygodnia będę szukać sobie w okolicy pracy. Mam bardzo konkretne wymagania co do niej i na szczęście wpisują się one w najłatwiej dostępne stanowsiak. Ma nie być mentalnie wyczerpująca, tak abym po jej odbębnieniu mogła usiąść do komputera i działać. Ma być blisko. Ma być na pół etatu. Ma nie mieć związku z pisaniem, końmi, pszczołami, social media i ma nie być przy komputerze, a najlepiej gdyby było po nocy, bo ja po godzinie 13-stej nie potrafię wykonywać umysłowej pracy, a tylko fizyczną. Tak, to będzie koniec świata, jeśli mnie nie przyjmą do Lidla 😉

Konieczność zdobycia stałego dochodu (bo ogólnie jestem freelancerką i stały dochód to ostatnia rzecz, która może spotkać freelancera) została podyktowana dwoma rzeczami. Kilka dni temu Adam zadzwonił, że znalazł sobie bardzo fajny kurs muzyczny menedżerski (kilka stów miesięcznie w plecy). To finansowy gwóźdź do trumny (bardzo potrzebny i cenny gwóźdź, ale dalej gwóźdź) naszego domowego budżetu, który i tak być może od połowy października zostanie ostro nadszarpnięty przez to, że… wracam na STUDIA. Za tydzień, 7 października, mam rozmowę kwalifikacyjną na Studia Literacko-Artystyczne w Krakowie. No cóż, jestem ostatnią osobą, która myślała, że wrócę na studia 😉 Ale jeszcze zobaczymy, bo najpierw muszę się dostać. Ale jeśli się dostanę, to gwarantuję Wam – #Luzaczka będzie mieć kontynuację, ale dłuższą, bogatszą językowo i jeszcze lepiej skonstruowaną 🙂

Powolutku klaruje się pomysł zrobienia zbiorowego spotkania autorskiego na Cavalliadzie, z inicjatywy Ewy Szadyn (znanej m.in. z przygód młodej Stefci). Dzielę się tym cichutko, bo #Luzaczka jeszcze nie miała premiery i może świat uzna, że to doskonała podpałka do kominka i wtedy raczej nie będzie mowy o spotkaniach autorskich. Ale na razie się chwalę, bo jeśli by się udało, to byłoby świetnie, nie? Mogłabym wreszcie poznać części z Was w realu 🙂

Planowałam, by w następnym tygodniu pojechać do Kafla. Chciałabym utrzymać częstotliwość wizyt chociaż raz w miesiącu. Ale niestety z kasą krucho. Wolałabym jechać swoim autem, to jest jakieś 180 zł. Chętnie biorę blablacarowiczów, ale mało kto jeździ w środku tygodnia z Warszawy na ostatnie mazurskie zadupie. I jeszcze jesienią. Blabla jest prostym rozwiązaniem, ale przy lipcowym wyjeździe piątek-niedziela 😉 A ja strasznie tęsknię za Kaflem!

A poza tym myślałam, że podczas tego tygodnia w hotelu uda mi się zrobić dwie rzeczy: zrobić Adamowi płytki cd (złożyć okładki i zamówić opakowania) oraz dokończyć ilustracje do „Ciuchów jeździeckich” / „Szafy koniarza” (jeszcze nie ma tytułu). Miał być kwartalnik zeszytów tematycznych, ale jedną „Szafę” robimy z Olą już od ponad roku, więc nie mam pewności, czy to tempo podchodzi pod kwartalnik xd.

Robienie ilustracji jest świetne. Kocham mazaki (OK, OK, promarkery…). Rysowanie nimi to najsuperowsza praca pod słońcem.

To tyle. Zamieszczam kilka moich bazgrołów z zeszytu do polskiego z PIERWSZEJ LICEUM. Żeby nie było, że mało końsko xd

Opublikowano:

Kiedy koń boi się wchodzić do wody…

Jesień – dobra okazja na odświeżenie dawnego posta o pokonywaniu końskiego lęku przed wodą. Zastrzegam, że jest to post dla średniozaawansowanych – początkujący nie powinni się zabierać za rozwiązywanie problemu, a zaawansowani wiedzą co i jak 🙂

WDECH-WYDECH

Wiele koni boi się wody i jest to zupełnie naturalne. Nie mamy co się denerwować, kiedy zwierz nie chce przejść przez zwykłą kałużę… my wiemy, że jej głębokość to zaledwie kilka centymetrów, ale koń tego nie wie. Jego lęk jest całkiem uzasadniony, ale wymaga odrobiny skupienia, by zrozumieć ewolucyjny, instynktowny „punk widzenia”.

  1. Kałuża może tak naprawdę być zapadniętą, głęboką dziurą. „Ale nie jest!” ciśnie się na usta. Weźcie sobie jednak wyobraźcie, że stoicie nie przed kałużą, ale przed rzeką. Rzeki bardzo często mają wysokie brzegi i od razu głęboką wodę – tutaj już dla człowieka lęk konia powinien być zrozumiały. Dla konia woda to woda i po prostu może być głęboka. Wpadnięcie do głębokiej wody to kłopoty, podpowiada koniom instynkt. Tak działa ewolucja: te z koni, które bezrefleksyjnie podchodziły do wody, miewały w tej wodzie wypadki i nie przekazywały genów. Jasne, że są konie, które od źrebięctwa kochają wodę, poza tym dzikie konie nie stronią od kąpieli. Chodzi o taką refleksyjność: koń ma swoje zwierzęce prawo mieć wątpliwości co do bezpieczeństwa wody. Te wątpliwości usuwa się poprawnym treningiem.
  2. Kałuża to woda z ziemią, a woda z ziemią to błoto. Pół biedy jeśli błoto, gorzej jeśli grzęzawisko, czyli ryzyko kontuzji, utknięcia, a stąd już blisko do bycia zjedzonym przez pumę, wilki, czy co tam zjada konie. Co do podłoża pod wodą koń też ma prawo mieć wątpliwości. (Moja słynna bagienna historia potwierdza, że koń może mieć rację!)
  3. Kałużę można obejść, zaoszczędzając sobie nerwów, nie robiąc hałasu, nie ryzykując. Człowieki to głupie istoty – chcą przez wszystko skakać i przełazić, jakby zupełnie nie kumając, że wystarczy zrobić dwa kroki w bok i po kłopocie.
  4. Niechęć konia do wchodzenia do wody sama w sobie zwykle nie jest fobiczna, ale czasem przeradza się w walkę z jeźdźcem jakby „dla zasady”. Tu już nie chodzi o kałużę, tylko o stały, duży konflikt między koniem i jeźdźcem, gdzie koń postrzega jeźdźca jako wroga, przeciwnika. Wydaje się w tym momencie absolutnie logiczne, że jeśli „lider” bez autorytetu każe wejść w podejrzane miejsce, to jego decyzja na bank skończy się katastrofą. Jest absolutnie logiczne, że jeśli wróg każe ci wejść w kałużę, to najpewniej jest to wilczy dół służący do upolowania konia i pożarcia go. Najpewniej człowiek posłuży się rekinami albo potworami. Być może krakenami. Kto wie. Lepiej tam nie wchodzić.

Generalnie jeśli macie źle ustawione relacje z koniem, czy też mówiąc konkretniej jesteście kiepskimi jeźdźcami i jeszcze nie umiecie szkolić konia, to o konflikty bardzo łatwo. Same przyznajcie: te kałuże naprawdę DA SIĘ obejść w większości przypadków! Więc jeźdźcowi też wcale nie chodzi o pokonanie przeszkody, tylko o relację, w której koń słucha się jeźdźca, o to, żeby koń akceptował zjawiska niegroźne, żeby szedł po liniach prostych, nie wygłupiał się i tak dalej. Chodzi w dużej mierze o zasady, a nie o to, że jak koń nie wejdzie do kałuży, to nie wyjedziecie w teren poza stajnię. Nie chodzi o to, że kałuża jest bardzo duża i że często goni was hiszpańska inkwizycja i jeśli zaczniecie objeżdżać kałużę, a oni będą mieli lepiej wyszkolone konie, to szybciej dogonią, więc umiejętność wchodzenia w kałuże przekłada się bezpośrednio na unikanie tortur.

Zazwyczaj chodzi o zasady. Oraz o jakiś mylnie pojmowany honor, upór, stawianie na swoim. „To nie może być tak, że koń odmawia przechodzenia przez kałuże! Nie ruszymy się z tego miejsca dopóki, głupi koniu, nie wleziesz do wody!”. To fatalne nastawienie. ŻADNEJ WALKI.

Podoba mi się ta okładka poradnika – „POMÓŻ koniowi, który boi się wody”. To, że konie są z natury raczej płochliwe, nie oznacza, że lubią się bać! To super pomysł na zmianę naszego myślenia: pomyśleć o nauce przechodzenia o kałuże jak o POMOCY, a nie szkoleniu, ustalaniu zasad itd. Czasem taka drobna zmiana w naszym myśleniu skutkuje np. większą cierpliwością.
No dobra, to już wiemy, że koń ma prawo nie chcieć wejść do wody, a my nie mamy prawa się wściekać. To teraz ta część, gdzie tłumaczę, co zrobić, by jednak wszedł i żeby się nie wściec.

 

PRZYPOWIEŚĆ O KONIKACH I INSTRUKTORACH

Jako dwunastolatka jeździłam samodzielnie na dwóch konikach i jeden bał się wody. Wtedy doceniłam magię posiadania instruktora do pomocy. Koń oddany na tydzień w „wodny trening” dalej czuł się niepewnie w wodzie, ale nakłonienie go do wejścia w kałuże było łatwiejsze i na miarę moich nastoletnich małych umiejętności. Młodym jeźdźcom jeżdżącym po wsiach i bez instruktorów może się wydawać, że „nie opłaca się” „inwestować” w instruktora. Że się wyda kupę kasy, a jeszcze będzie zamieszanie, bo trzeba będzie tego konia gdzieś przenieść do innej stajni. Nie, czasem wystarczy nawet jedna sesja z ogarniętym instruktorem, który spojrzy na ciebie i konia, zauważy błędy, wskaże rozwiązania i zaprezentuje co i jak. Dobrze jest się umówić, by było to dłuższe spotkanie, nieograniczone do jednej godziny, tak aby otrzymać wyczerpujący instruktarz. Wiem, że jest dużo osób, które jeżdżą bez instruktorów, nie mają jakiegoś olbrzymiego doświadczenia i bardzo pilnują budżetu, ale lepsza jedna sesja niż żadna!

JAK TO POWINNO WYGLĄDAĆ
Jeśli koń jest młody, a jeździec zaawansowany, to nauka wchodzenia do wody to żadna nauka. Zazwyczaj wygląda to tak, że jest już środek jazdy, koń rozgrzany fizycznie i psychicznie. Jeździec wybiera sobie łatwą przeszkodę wodną, najpierw przodem przechodzi czołowy, spokojny koń. Młody koń jest na pomocach, ale na „otwartych” wodzach, przy wodzie się chwilę waha, ale jeździec nie wywiera większej presji, koń obniża głowę mniej lub bardziej, po sekundzie jeździec daje sygnał, że czas ruszać, koń rusza, trochę spięty, ale wychodzi z wody – i tyle tego przyzwyczajania. Zazwyczaj jest go jeszcze mniej, bo koń został przyuczony do wody na etapie układania jako źrebię czy roczniak oraz późniejszego lonżowania. Jeśli jeździec by podszedł z bojowym nastawieniem i nie było konia przewodnika, a do tego nie pozwoliłby na sekundę oswojenia się, to byłby to dobry punkt do zbudowania przyszłej wodnej fobii i wyuczenia konia, że woda/kałuża to sygnał do walki z jeźdźcem.

Ale ja tu nie o koniach, które już umieją wchodzić albo dopiero się uczą, tylko o takich, co tak nie bardzo chcą.

ŁYDA, RURA DO PRZODU – PRZEPYCHAMY Z RÓŻNYM SKUTKIEM
Czasem udaje się konia przepchnąć przez kałużę mniej lub bardziej na siłę, czyli łyda, bat, dawaj! i do przodu. No cóż, łydka wzmocniona batem i koń postawiony na pomoce to nie jest narzędzie szatana. W tych najlżejszych przypadkach (koń który się tylko trochę boi, taki, co już wielokrotnie wchodził i trochę „przesadza”, koń kombinant, co jeźdźca wozi, gdzie tylko chce, koń podważający autorytet, itd.) można sobie pozwolić na takie postępowanie, nie demonizujmy i nie róbmy z jazdy konnej filozofii oderwanej od realiów. Czasem sobie na tę łydę z batem pozwolić można. Ale to ogólnie nie jest zalecany sposób, bo jeśli konflikt jest głębszy, to koń może na te łydę zareagować baranem, wycofaniem oraz głębokim postanowieniem, że do kałuży to może on i wejdzie, ale po ludzkim trupie. Poza tym jeśli się boi, a my dowalimy mu spinę, łydę, bat i okrzyk, to potraktuje to jako spełniające się podejrzenia. Podejrzewał, że kałuża to nic dobrego i ma – dostał kopa i agresywny okrzyk. Znaczy się, kałuże lepiej unikać.

JAK REAGUJĄ JEŹDŹCY?
Rzecz w tym, że gdy koń podchodzi do kałuży, dzieje się zazwyczaj kilka rzeczy. – Koń się boi i nie chce przejść – Jest zaciekawiony, chce rozpoznać sytuację. – Ma swoje zdanie.

Jak na to reagują jeźdźcy? (dotyczy nie tylko kałuż, ale też jezior, sadzawek, rzek itd)
1) PAN I WŁADCA
Widzi kałużę. Bierze konia na mocniejszy kontakt. Trzyma konia na łydkach, w razie czego wesprze łydkę batem i zakrzyknięciem. Czasem działa, czasem nie. Jeśli nie działa, to koń zestresowany nawet nie podejdzie do kałuży i rozpocznie się walka. Najprawdopodobniej zakończona ominięciem kałuży po godzinie starań, albo mniejszym lub większym złamaniem konia (postawieniem go w sytuacji, w którym musi wybierać: wejdzie do potencjalnie niebezpiecznej wody, albo będzie dalej dostawał batem, łydkami itd). Dobry jeździec zbuduje twarde posłuszeństwo, ale podszyte zaufaniem, że to posłuszeństwo popłaca. Zły jeździec zwyczajnie złamie konia.
2) MAM DOBRE INTENCJE
Nie chcę być tym złym, co łydką, batem i krzykiem zmusza konia do wejścia do wody. Wiem, że to dla konia trudne i jestem wyrozumiały. Podjeżdżam więc do kałuży, pozwalam koniowi wyciągnąć szyję i powąchać wodę… i w tym momencie, kiedy tracisz kontakt na wodzy, koń robi w tył zwrot. Po takiej dobroci można przechodzić przez jedną kałużę godzinami.
3) MIKS
Złoty środek „po dobroci” + „ze zdecydowaniem” zazwyczaj daje super rezultaty.

Więc jeszcze raz, co NIE DZIAŁA? (lub działa czasem/trochę?)
– Bat, łyda, krzyk – zazwyczaj powodują bunt, niechęć, walkę, większy strach. Działa „trochę”: gdy koń się trochę stara, a jeździec używa trochę łydki i trochę bata. Z wyczuciem.
– Nadzieja, że koń sam przejdzie, jeśli poklepie się go po szyi. Koń nie jest głupi, widzi alternatywne rozwiązania: obejść wodę lub zawrócić. Działa gdy koń zawsze chętnie wchodzi do wody, a wyjątkowo coś mu nie podpasowało, np. zmienił się poziom wody i na chwilę się zaniepokoił. Da mu się chwilę i sam wejdzie.
– Smakołyki – rozciągają szyję. Mogą trochę zachęcić i być środkiem pomocniczym. Ale samo w sobie nie przełamie wielkiego stracha. Działa, gdy koń się tylko trochę boi i gdy jest łasuch 🙂
– Jeden człek ciągnie, drugi popędza – praca zespołowa jak przy ośle, jedna osoba wchodzi do wody i ciągnie zwierzaka, a druga popędza z brzegu. Na siłę może się uda, ale chyba szybciej będzie już tego konia spychaczem wepchnąć do wody… I nie miej nadziei, że zwierzak prędko polubi wodę.

Kiedy działa „mocna łyda” to zazwyczaj nie działa „mocna łyda” tylko co innego: zdecydowanie jeźdźca, energicznych ruch do przodu, postawienie konia na pomoce. Energia, zdecydowanie i postawienie to standardowy, klasyczny i niezły sposób wprowadzania konia, pod warunkiem, że… nie zatrzyma się przed wodą za nic nie dając się wprowadzić 😉

CO DZIAŁA?
– Cierpliwość. A raczej taki spokój ducha. Co ma być to będzie. Kiedy wlezie to wlezie. Może będzie to za minutę, może dziś się nie uda. Nie patrz na zegarek. To uniwersalna zasada pracy z końmi.
– Dobry wybór miejsca. Zastanów się, od czego zacząć, gdzie jest najlepsze miejsce do ćwiczeń. Nie pchaj na głęboką wodę.
– Wyrozumiałość. Koń wejdzie do jednej kałuży dziesięć razy. Podjedziesz do drugiej kałuży – i już nie wejdzie, bo to inna kałuża. Nie denerwuj się i wyluzuj. Musisz nauczyć konia wchodzić do 10, 20, 50 kałuż i innej wody zanim zacznie uogólniać wodę i zacznie zwierzę zakładać, że „nowa woda” go nie wciągnie.
– Opcja zejścia – ogólnie czasem milej jest wybrać się na osobną sesję kałużowo-wodną obok konia, w wysokich kaloszach, niż w połowie jazdy odkrywać w sobie potrzebę przepchania konia przez wodę. Schodzenie z konia to nie jest przypadłość nawiedzonych naturalsów! Zejście i przeprowadzenie, albo poproszenie innego człowieka, by przeprowadził w ręku, to jeden z najprostszych i najłatwiejszych sposobów!
– Znajdź przewodnika – koń szybciej wejdzie za drugim koniem.
– Przerwy – próby wejścia do wody są dla konia psychicznie wyczerpujące, więc gdy zrobi coś godnego pochwały, oddal się z nim, pojedź dalej. To dla niego nagroda i odpoczynek.
– Przykład – jeśli już stoisz na ziemi, to musisz samemu wejść do wody. Nie unikaj jej za wszelką cenę. Koń dobrze wie, że nie chcesz wejść do wody i wysnuwa swoje wnioski 😉
– Małe kroki – twoim celem jest sprawienie, by koń wszedł do wody? Nie do końca. Celów jest kilka. Podejście blisko wody. Podejście o kroczek bliżej wody niż poprzednio. Zrobienie kolejnego kroczku w stronę wody (każdy krok jest cenny, pamiętaj o tym :). Powąchanie wody. Położenie kopyta na brzegu. Poruszenie kopytem lustra wody. Zanurzenie warg. Jedno kopytko w wodzie. Drugie kopytko w wodzie. Łapiesz o co chodzi. Każdy mały krok to mały sukces. Ciesz się, że wszedł jednym kopytem, nie wściekaj, że pozostałe trzy są wciąż na brzegu 😉 (To też dobra rada odnośnie życia…)
-Zakręty – mały trik: jeśli koń robi krok w bok, zazwyczaj też robi tym samym mały krok do przodu. Jeśli więc zwierzak za nic nie chce postawić kopyta w wodzie, można poprosić go o mały kroczek w prawo… a potem w lewo… i znowu w prawo…
– Jedna taktyka – nie zmieniaj taktyki i zamysłu tylko dlatego, że nie działa. Zazwyczaj działa, tylko trzeba stosować konsekwentnie przez pół godziny, a nie trzy minuty.
– Kończ w dobrym momencie – jeśli trafił ci się twardy zawodnik, a do tego sama nie masz doświadczenia w nakłanianiu konia do wchodzenia do wody, nie zmuszaj siebie i konia do realizacji planu „dziś wleziemy w największą wodę”. Równie dobrze możesz zakończyć tego dnia na etapie powąchania wody. To już coś 🙂
– Postawienie na pomoce.
– Kontakt – siedząc na koniu trzeba pozwolić mu się schylić, przyjrzeć się wodzie, chlapnąć kopytkiem, zmącić pyskiem. Jednak niech tego koń nie wykorzysta do odwrotu. Pozwól na schylenie, ale w niewielkim stopniu wydłużaj wodze, zachowaj czujny dosiad, wyciągnij ręce w dół i do przodu. Jeśli koń postanowi zawrócić, szybki powrót do kontaktu nie będzie problemem. Poza tym przy takich sytuacjach utrzymuje się raczej szersze ustawienie dłoni. Można powiedzieć, że to taki „otwarty” kontakt, „otwarte” wodze, które sugerują koniowi, że jak zechce, to może wyciągnąć głowę i dotknąć lustra wody, nie blokują go, ale jednocześnie dają sygnał, że jeździec jest ze swoimi dłońmi obecny.
– Lonżowanie – jeśli kałuże są na ujeżdżalni, a koń umie chodzić na lonży (a nie że tylko bezmyślnie lata w kółko ledwo reagując na głos), to wystarczy odbyć kilka sesji pośród kałuż. Nie skupiamy się na kałużach. Po prostu trochę zmieniamy swoje położenie, zbliżając okrąg ruchu konia do wody, oddalając się itd. Nadarzy się wiele okazji, by koń niechcący dotknął kopytkiem wody, a stąd już bliska droga do dzielnego ignorowania wody!

Nie funduj koniowi takich przykrości jak:
– Wejście do lodowanej i głębokiej wody. Im niższa temperatura powietrza, tym płytsza woda do której wchodzimy, OK? Jesienią jest pora na naukę wchodzenia do kałuż, nie jeziora.
– Wpadnięcie do wody przez wpychanie konia na bardzo ostry spadek.
– Dno pełne kamulców, po których koń się ślizga.
– Przejście przez kałużę na kocich łbach, z kamieniami, puszką, butelką, śmieciami, albo teren podmokły.

Dobre miejsca do ćwiczenia wchodzenia do wody:
– myjka i kałuża po kąpieli (jesienią już za późno na outdoorowe kąpiele)
– płytkie i olbrzymie błotno-wodne kałuże na ujeżdżalni (gdy sie nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma – zły drenaż ujeżdżalni miewa swoje zalety. Nędzne, ale jednak)
– dwie połączone kałuże (takie jak cyferka 8 albo oo – przechodzisz w najwęższym miejscu)
– jeziora o łagodnym zboczu, o piaszczystej plaży, spokojnej tafli.

Fajne są takie kałuże, co się połączyły dwie. To znaczy są dwie kałuże obok siebie i cienka warstwa suchego gruntu między nimi, albo tylko trochę połączone cienkim pasem wody. To w zasadzie najlepsza okazja, by w terenie ćwiczyć wchodzenie do kałuż. Jak jadę na koniu, o którym wiem, że nie kocha wody, to nie próbuję wpychać go w kałuże okrągłe, tylko czekam aż pojawi się taka z „lejkiem” albo „wałem”.

W takich miejscach unikniemy walki, nawet gdy nasze umiejętności są niewielkie 🙂

Jeśli koń się boi wody, a nie mam dostępu do któregoś z powyższych, nawet nie próbuję nakłonić konia do wejścia. Szkoda nerwów moich i konia. Zaklinaczem nie będę, a jak słusznie zauważają konie – każdą wodę da się obejść… I czasem warto się z nimi zgodzić i nie psuć sobie krwi 😉

BHP NA PEGAZACH
Uważaj. Koń pokonując wodę może chcieć ją przeskoczyć. Dotyczy zarówno małych kałuż jak i tak wielkich, że przeskoczenie nie byłoby możliwe – mimo to niektóre konie podejmują próbę.

W ZASADZIE… PO CO? 😉
I ostatnia sprawa. Jeśli twój koń za nic nie chce wchodzić do wody i nie umiesz sobie z tym poradzić, to może warto po prostu odpuścić? Kałużowe konflikty między koniem a jeźdźcem potrafią być naprawdę poważne i naprawdę nie warto wchodzić w kłótnię, której nie mamy prawa wygrać, skoro nie mamy umiejętności. Lepiej jest nie prowokować takich sytuacji i ładnie na pomocach przeprowadzać konia obok kałuży, udając, że to jest dokładnie to, o co nam chodziło, nigdy do żadnej kałuży nie chcieliśmy wchodzić. Lepiej jest nie podważać własnego autorytetu, jeśli jest niewielki! Może znajdziesz instruktora, który ci pomoże, może wyślesz konia na takie praktyczne terenowo-krosowe szkolenie, może za rok nabierzesz takiego wyczucia i wprawy, że problem rozwiążesz, a może po jakimś czasie koń zapomni, niechęć się zatrze. Jeśli jeździsz sama w tereny, to może coś się zmieni i zaczniesz jeździć z dobrym czołowym. Czasem lepiej jest po prostu odpuścić.

To tyle. Miłego babrania się w błocie!

PS. Poznałam na studiach taką dziewczynę, która w rodzinnym gospodarstwie miała kobyłkę do woza. Mówiła, że jak spadnie deszcz, to nie oprzęgają konia. Bo jeśli natrafią na kałużę na wąskiej drodze, to koń nie przejdzie. Jeśli nie będzie się dało wykręcić, to trzeba będzie cofać konia z bryczką aż do jakiegoś skrzyżowania, żeby wykręcić. Niesamowite do jakiego poziomu może dojść końska niechęć do wody – ale jest ona w dużej mierze wyuczona… a więc i oduczalna 😉
Opublikowano:

Jak znaleźć sponsora jazdy konnej?

Sponsoring w jeździectwie – zewnętrzne źródło pieniędzy na treningi, sprzęt, wpisowe, transport. Marzenie, co nie? O sponsora znacznie łatwiej, kiedy już jesteś świetnym zawodnikiem. Z kolei nie da się być świetnym w jeździeckim sporcie bez nakładów finansowych. I tak powstaje błędne koło.

„Szukam pomocy w znalezieniu sponsora dla koleżanki, która startuje na moim koniu, obecnie są to konkursy 90 cm, L, czy mają państwo jakieś rady?” – Rad się trochę znajdzie, czy trafnych, to już inna sprawa 😉 Wpis luźny, na szybko, bez organizacji – przepraszam za to. (BTW, klasa L to 100 cm, rozumiem, że chodzi o zakres LL-L).

Sponsoring to coś za coś. Firma/spółka/osoba prywatna opłaca konkretne koszta, a w zamian za to jeździec GODNIE reprezentuje swojego sponsora. Sponsoring to nic innego, a reklama. Nie tylko chodzi o reklamę typu przyszywka na marynarce czy czapraku (jakby chodziło o reklamę wizualną, to sponsor raczej sponsorowałby zawody, a nie zawodnika), chodzi raczej o PR, dbałość o wizerunek firmy: zaangażowanej we wspieranie biednych zawodników sportowych, którzy dzięki wielkoduszności firmy/osoby mogą podbijać świat. Jest się czym pochwalić na nieformalnych spotkaniach biznesowych.

Co za tym idzie, lepiej nie jeździć jak pupa wołowa. Zanim ktoś zacznie szukać sponsora, niech się solidnie zastanowi, czy ma realne szanse na regularne stawanie na podium. Sponsor chce potencjalnego zwycięzcy, osobę elegancką i kontaktową. Spójrzmy więc realnie. Czy do poziomu, na którym startujemy, jesteśmy dobrze przygotowani? Czy koń ma możliwości na więcej?

MUSISZ MIEĆ WARTOŚĆ MARKETINGOWĄ!

Czy osoba, która startuje w niższych klasach, ma szanse na sponsora? W końcu nie jest i nie będzie w najbliższym czasie znanym zawodnikiem, który wymiata parkury po 150 cm. W pierwszym odruchu ma się ochotę powiedzieć, że nie, ale to nieprawda. Niższe klasy to zawody regionalne. Nie dość, że część kosztów mniejsza, to do tego zawody rozgrywane są lokalnie. Dla mnie byłoby to wartością, że wspieram kogoś z moich okolic. I w drugą stronę – mieszkając pod Warszawą nie sponsorowałabym zawodniczki ze Śląska (chyba że byłyby jakieś okoliczności tworzące logiczny związek między mną a tą zawodniczką).

Nie szukaj sponsora, jeśli jesteś tylko mistrzem podwórka. Musisz się pochwalić osiągnięciami na arenie minimum regionalnej. Nikt w ciemno nie wpompuje w ciebie pieniędzy.

Gdybym ja miała szukać sponsora sportowego dla niskich klas, przede wszystkim uderzyłabym do tych firm/spółek, które działają lokalnie, lub mają w moim regionie filię. Też o tyle łatwiej, że jak będą się chcieli poznać w realu przed nawiązaniem współpracy, to nie trzeba będzie zasuwać z Krakowa do Gdańska na kawkę, uścisk dłoni prezesa i pa pa.

Trzeba spisać umowę sponsorską, która szczegółowo opisuje wzajemne relacje, wymogi obu stron i koszta. Jakie koszta opłaca sponsor? Całe? Utrzymanie konia, treningi, wpisowe, przewóz, boks i pokój, a jak siodło trzeba zmienić, to nowe? To sfera marzeń, które się spełniają jak wygrana w totka, czyli niby się spełniają, ale łatwo się rozczarować. Sponsor raczej nie opłaci ci całości, a tylko część tych kosztów. Prosta sprawa: osób szukających sponsora jest masa, chętnych na wybulenie forsy niewielu, a do tego koszt sportu wysoki, więc szuka się kompromisu. Ten sponsoring to może być opłacanie wpisowego, przewozu albo sprzętu. Warto się zastanowić: ile MY możemy przeznaczyć pieniędzy na sport, a wobec tego ILE nam brakuje?

Ogólnie warto próbować szukać sponsora, bo koniec końców sponsor sporo zyskuje, a niewiele ryzykuje – w porównaniu do sytuacji, gdyby miał być właścicielem klubu, albo konia pod płatnym zawodnikiem. Bycie właścicielem konia to większy koszt, ryzyko i babranina, niż współpraca z zawodnikiem, który już dysponuje koniem i entuzjazmem (dobrze, jakby dysponował też doświadczeniem, umiejętnościami i determinacją…). Sponsoring, warto pamiętać, nie jest darowizną, idzie więc w koszta i prowadzi w pewnym stopniu do obniżenia podatku dochodowego. To taka informacja dla przypadkowych przyszłych sponsorów, którzy czytają ten tekst.

Gdybym miała wolne kilka stówek/tysięcy miesięcznie (piękny świat w którym wygrałam te miliony na loterii) i szukała zawodnika do sponsorowania, to brałabym pod uwagę dotychczasowe osiągnięcia, możliwości, charakter zawodnika, czy już ma jakieś zaplecze treningowe (nie będę zawodnikowi szukać trenera!), a także… czy ładnie wyglądają wraz z koniem, wszak liczy się prezencja, zawodnik to „ruchoma reklama wizualna”. Odrobinkę liczyłby się popularny fanpage. W zamian liczyłabym na dobre wyniki, którymi mogłabym się chwalić, ustalenie barw spójnych z barwami firmy, naszywek/nadruków na czapraku. A w ogóle to w mojej umowie byłoby zapisane bardzo szczegółowo, jak ma być ten zawodnik promowany w social media i miałabym mieć wpływ na insta czy fb, tak żeby stały się dodatkowym kanałem reklamowym mojej firmy.
Ech, pomarzyłam sobie…

Dobra-dobra, jakiś konkret by się przydał, co?
Pogadaj z osobami, które mają sponsorów. Raz na jakiś czas wyświetla mi się na FB, że jakaś firma chwali się, że ich zawodniczka coś osiągnęła. Skontaktuj się z tą zawodniczką/iem i spytaj się o historię sponsoringu. Przepraszam, że nie odwalę tutaj solidnej dziennikarskiej roboty. Hej, ale może warto napisać do gazet jeździeckich z prośbą o dokładne przedstawienie sprawy i poszczególnych historii zawodników? Temat brzmi bardzo fajnie!

Potrzebujesz CV. W ogóle jak czegokolwiek chcesz od kogokolwiek (przyjęcia na elitarne studia, grupy artystycznej, do pracy, wydania książki, płyty, zorganizowania wystawy), to musisz mieć CV, czyli jednostronny i wypunktowany opis, kto ty jesteś, co osiągnęłaś w życiu i co w nim robiłaś. CV są różne, to nie jest tak, że napiszesz sobie jedno CV w Wordzie i to wystarczy. CV do pracy będzie skupiało się na tym, co zainteresuje pracodawcę. CV końskie musi zarysować ciebie oraz twoje doświadczenia/osiągnięcia jeździeckie. Nie musisz tego koniecznie tytułować jako CV, ale komukolwiek wyślesz pytanie o sponsoring, musi jednym rzutem oka zobaczyć, kto do niego napisał i czy nie jest dziewięcioletnią dziewczynką o dużych marzeniach.

Choć, jak się zastanowić, taka dziewięcioletnia dziewczynka miałaby całkiem realne szanse. To słodkie. Medialne.

List motywacyjny to tak naprawdę zwykły mail, którego wyślesz do firm. W liście motywacyjnym piszesz:
– kim jesteś
– w jakiej sprawie piszesz
– CZEMU AKURAT DO NICH
– i co by na tym zyskali.
To oznacza, że piszesz pewien schemat, ale być może trzeba będzie modyfikować w przypadku różnych firm. Dla jednej może być ważne, że pochodzisz z tego samego miasta, dla innej, że produkty/usługi firmy są kierowane do tej grupy wiekowej, w której jesteś. Może dużo działają w social media, a tak się składa, że dobijasz do 10k i masz super fotki, z których mogli by korzystać? Warto też przedstawić charakter zawodów jeździeckich, bo mało kto wie, co to znaczy „klasa L” i czym tak dokładnie są zawody regionalne, ile ich jest i tak dalej. Mail nie może być natarczywy, wymaga szczerości, ale też zręczności. Napisz go, popraw, odstaw na tydzień, sprawdź jeszcze raz i daj kilku osobom do sprawdzenia. Postaraj się pisać na maksa treściwie i przejrzyście (czyli nie jak ta notka). 1 strona najlepiej, absolutne maksimum – dwie. Możesz dołączyć zdjęcia, szczególnie że będziesz to wszystko rozsyłać mailowo. List motywacyjny warto dać także jako załącznik, ponieważ w sekretariacie danej firmy osoba obsługująca maila może chcieć zrzucić sobie wszystko do folderu i wtedy twój list motywacyjny „zniknie” (chyba że osobie odbierającej maile będzie się chciało kopiować treść do pliku tekstowego – nie każ im jednak dokładać sobie pracy).
Spójrz na potencjalnych sponsorów indywidualne. Jeśli spółka X chwali się, że obecnie są na targach, to odezwij się do nich po zakończeniu imprezy. Małej firmie możesz zasugerować mniejsze oczekiwania wobec nich, bo łatwiej namówisz ich na opłacanie wpisowego albo comiesięcznych dwóch treningów, niż od razu wszystkiego. W zakładce „kontakt” starannie poszukaj odpowiedniej osoby. Idealnie, jeśli jest to ktoś od marketingu. Jeśli nie ma takiej osoby, to pisz na maila ogólnego. Jeśli piszesz na maila jednej osoby, to pisz konkretnie do niej. Nieprawidłowy zwrot początkowy (np. ogólny „Państwo” gdy piszesz do konkretnej osoby i na odwrót „Szanowny Panie”, gdy maila może odebrać kobieta) jest przejawem braku szacunku, sugeruje też wysyłanie jednej wiadomości do wielu osób. „Szanowny Panie” do kobiety i „Szanowni Państwo” do mężczyzny może przekreślić wasze starania w dwóch słowach. Jak kogoś o coś prosisz, to wiedz, kogo o coś prosisz. (Ten wpis na blogu jest odpowiedzią na wiadomość zaczynającą się od „Witam, znają się PAŃSTWO(…)”. Gdyby nie to, że temat jest ciekawy, to bym wiadomość zignorowała, bo nie lubię, jak ktoś czegoś ode mnie chce, a nie chce mu się zajrzeć do informacji, czy Konna jest prowadzona przez Gabę (sztuk jeden) czy też może całe stado Gab).

Zakręć się, popytaj znajomych (lub rodziców i znajomych rodziców, zależnie w jakim wieku jesteś), bo przez polecenia i znajomych znajomych będzie najłatwiej kogoś znaleźć.

Na koniec przypomnę historię mojej przyjaciółki, która przez rok czy dwa jeździła na cudzym koniu. Właścicielka nie miała czasu (BTW, stąd historia Łucji, Renaty Koszynieckiej i Chwasta) i znalazła szesnastolatkę z entuzjazmem do objeżdżania konia. Opłacała pensjonat (w końcu to był jej koń), regularne treningi (by koń się rozwijał) i starty w pobliskich zawodach. To dobry przykład, że znalezienie sponsora dla niedoświadczonego początkującego zawodnika na poziomie L (czyli, nie oszukujmy się – początkującym) jest całkowicie możliwe, choć wymaga…
SZCZĘŚCIA – ZNAJOMOŚCI – WIZJI ZYSKU SPONSORA

***
Tekst powstał na podstawie riserczu internetowego, obserwacji znajomych i własnych przemyśleń – sama nigdy nie miałam sponsora sportowego, ani takowego nie szukałam. Uwagi osób, które mają/miały sponsora mile widziane!