Opublikowano:

8 Wielkich Jeździeckich Przygód

Podczas przenoszenia artykułów, wpisów oraz archiwalnych numerów gazetki, uderzyło mnie, że ja jednak przy tych koniach w swoim nie tak długim życiu trochę zrobiłam. Zebrało mi się na wspominki – i oto wysmarowałam dla Was 8 Największych Jeździeckich Przygód.

1. WIELKIE ODKRYCIE I PIERWSZE RAZY
W grudniu kończę 26 lat. Napisane na blogu wygląda to absurdalnie, bo dobrze pamiętam, jak się dawniej przedstawiałam w internecie „jestem FITF i mam 14 lat” (trochę jak z tej reklamy o pedofilach, nie?). To podeszły wiek, w którym bardzo dosadnie widzi się, że „pierwsze razy” i „dzieciństwo” się nie powtórzą. Nawet jeśli będę próbowała coś naśladować, bo mi się zbierze na sentymenty, to nie wywoła to tych samych uczuć i nie zdubluje wspomnień. Pierwsze jazdy na koniu, pierwszy galop, pierwszy skok, pierwszy teren, pierwszy pokaz, pierwszy obóz, pierwsze upadki… To wszystko miało smak przygody życia, wydarzenia na miarę noblowskich odkryć i złotych medali igrzysk olimpijskich. Nie ma znaczenia, że są to wspomnienia u wszystkich jeźdźców mniej-więcej podobne. Były wielką przygodą i na pewno nie tylko dla mnie.

Tych uczuć i emocji nie da się już powtórzyć – chyba że znowu się będzie miało kilka lat i znów będzie się wszystko robiło pierwszy raz…

2. KONIKI
Gdy miałam jedenaście lat, dostałam od taty autobiografię Monty’ego Robertsa z opisem join-up, które to dla jedenastolatki było po prostu MAGIĄ (a ja byłam wtedy bardzo into Harry Potter, Narnia i inne takie i byłam bardzo łasa na magię, przygody, więzi, ukryte światy i głębsze sensy). Join up było magią, która była na wyciągnięcie ręki, jeśli tylko… ma się dostęp do konia, i to był problem. Jeździłam wtedy w pony klubie pod Warszawą, na rekreacyjno-sportowych hucułach i wierzcie mi, choć był tam okrąglak, to nie było miejsca dla walniętej jedenastolatki chcącej eksperymentować z instrukcjami z autobiografii amerykańskiego podstarzałego kowboja. Do tego klimat w stajni był szportawy. Nie mogłam bawić się w magię.
W każdym razie kilka miesięcy później, a przez „kilka” mam na myśli dosłownie jeden, dwa czy trzy, mój wuj kupił dwa koniki polskie, Pliszkę i Czajkę, przy czym Pliszka jest w rodzinie do dziś. Przy pierwszym spotkaniu z konikami przekonałam się, że magia w istocie istnieje. Tak zaczął się mój nastoletni flirt z naturalem, seria idiotycznych wydarzeń, uczenia się na błędach i kopalnia anegdot, bo widzicie… koniki były młode, nieujeżdżone, a ja miałam jedenaście lat. Do koników, a tak naprawdę do mojej rodziny, dojeżdżałam sześćdziesiąt kilometrów pociągiem, sama, co weekend, niezależnie od pogody i pory roku i tak przez dobre trzy lata. Gdy sobie o tym pomyślę z perspektywy czasu, to chyba największą wartością wcale nie były te szczeniackie jeździeckie doświadczenia, tylko to, że bardzo przywiązałam się do tej nieco oddalonej części rodziny. Wiecie, rodzina to rodzina, ale czym innym jest rodzina, którą się widuje dwa razy do roku, a co innego rodzina, u której się bywa co tydzień.

Pliszka i dwunastoletnia ja. To mi przypomina, że syntetyczne siodło za 800 zł kupione na chybił trafił piętnaście lat temu było zadziwiająco trafnym zakupem. Tylko już nie pasuje na Pliszkę, która się roztyła.


3. KAFEL
Zabawa z dojazdami trwała trzy lata i pierwsi z tej zabawy odpadli rodzice. Skoro żyć bez koni nie mogę, to już lepiej, bym jednego miała bliżej i tak daleko nie dojeżdżała. Kupili mi konia, którego sobie sama wybrałam. Jak dziś pamiętam to moje silne postanowienie, że nie będę jak idiotyczna nastolatka kupować konia sercem i okiem. Nie, ja jestem POWAŻNA BLOGERKA i PRZYSZŁA WIELKA TRENERKA i ja WIEM RZECZY i podejdę do tematu rozsądnie. Wybiorę ujeżdżonego konia w wieku 6-10 lat, z którym będę mogła się wspólnie rozwijać, ale który będzie mnie mógł sporo nauczyć. Klacz, bo z klaczami miałam dużo do czynienia; wielkopolską, żeby była duża i wszechstronna, a tym samym rokowała na przyszłość.
Kupiłam sobie trzyletniego nieujeżdżonego arabka, pierwszego konia jakiego oglądałam, bo się na mnie ładnie spojrzał, a potem kłusował z zadartą kitą.
Kafel to moja druga największa przygoda życia. Jeszcze do jakiegoś czasu był pierwszą największą przygodą życia, ale Kafla zdetronizował Mąż.

Kafel może nie był do końca racjonalnym zakupem, ale ostatecznie wszyscy przetrwaliśmy tę decyzję i jej konsekwencje 😉

4. MAZURY
Koniki poszły w odstawkę i wuj wywalił je do gospodarstwa na Mazurach, tym samym rozpoczynając mój i moich przyjaciółek coroczny wakacyjny exodus. Odkrywałyśmy ścieżki, penetrowałyśmy lasy, pluskałyśmy się w jeziorach i hasałyśmy po polach bez instruktorów, dorosłych, nadzoru, a także bez kasków, kamizelek, siodeł, a wielokrotnie też bez ogłowi i staników. To było jak przygodowa książka młodzieżowa, tylko że wydarzało się naprawdę.
Gdy będę umierającą staruszką, będę pogodzona ze swoim końcem. Będę wiedziała, że miałam kupę dobrego życia, w których zaliczyłam masę młodzieńczych przygód – w tym miejscu mam na myśli koniki i mazurskie wypady z przyjaciółmi.

Wspaniały świat, do którego ciągnie mnie każdego dnia…

5. INSTRUOWANIE
Gdy miałam piętnaście-szesnaście lat, osiągałam szczyty zarozumialstwa i przekonania o swojej jeździeckiej nieomylności. Pomijając zarozumiałość, to coś tam już wiedziałam i trafiłam na zaszczytną listę „dziewczynek stajennych, które prowadzą lonże i czasem jazdy, gdy instruktorkom się nie chce”. Z jednego punktu widzenia było to nielegalne, niebezpieczne i nie fair wobec klientów, ale z drugiego uważam, że takie „harcerskie” podejście do szkolenia i „dzieci uczą dzieci” wcale nie jest takie złe. To cholernie cenne doświadczenia.
A potem oczywiście zrobiłam papiery i prowadziłam już jazdy jako pełnoprawny instruktor w różnych miejscach, także na wspomnianych Mazurach. Kurcze, co mam mówić. Bycie instruktorem jest świetne. Do czasu, kiedy nie leje (a nie masz hali) i nie ma -20 stopni.

Szesnastoletnia ja ucząca brata ciotecznego na słynnych Mazurach i równie słynnej Czajce 🙂

6. KONNA CAFE – e-magazyn
Jako legitna koniara poszłam na zootechnikę. Zawsze chciałam pisać i ciągnęło mnie w stronę klawiatury, ale umiejętność pisania, a wiedza o czym się pisze, to dwie różne rzeczy i postanowiłam zdobyć wiedzę fachową. Na studiach sobie jednak wymyśliłam, że przerobię stronę blogową KonnaCafe na magazyn internetowy, żeby się samej pobawić i pouczyć wszystkiego, co ma związek z wydawaniem, redakcją, dziennikarstwem, grafiką i innymi takimi. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Do dziś nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem pociągnęłam temat przez całe dwa lata. I wiecie co? Cały czas mam poczucie, że to przygoda, która jeszcze się nie zakończyła.

Trzeba być albo dostatecznie dzieciakiem (by błędy i trudności rozwiązywać poprzez ich ignorowanie), albo dostatecznie dorosłym (by nie popełniać błędów), żeby porwać się na robienie gazetki 😛 (ja byłam punkt pierwszy).

7. KOŃ ZEBRANY, ZAKLEPANY!
Na studiach poznałam Kasię Królak, ambitną instruktorkę z koniem na sznurkach. Zgadałyśmy się i w zasadzie w dwa tygodnie napisałyśmy zbiór zadań teoretycznych („Koń Zebrany w zadaniach”; koniec końców cała realizacja zajęła dobre kilka miesięcy). Nie zapomnę płaczu, gdy pierwszy raz nacięłam się na zjawisko piractwa. Nie zapomnę re-volty, gdzie jakieś babska wypisywały mi wprost i bez wstydu, że materiały edukacyjne można sobie kserować i że jak zechcą, to skserują 1000 razy (czy coś w tym rodzaju). Nie zapomnę też wycieczki do PZJ-tu, by przedstawić swój produkt i nie zapomnę bycia totalnie zlaną i zignorowaną. Nie zapomnę p. Pruchniewicza proponującego wydanie i tak już wydanej i docenionej książki, z tego co pamiętam na zasadzie „będzie do portfolio”. Żeby nie było, nie mam nic przeciwko tej postaci, jest ważna i dużo wniosła i wie milion razy więcej ode mnie. Ale sami przyznacie, jakiego można było dostać wkurwa, szczególnie gdy mówimy o swoim pierwszym Dziele, swoim Dziecku i do tego na serio bardzo potrzebnym polskiej rekreacji i to jeszcze coś takiego od osoby, którą się szanuje. Dodam, że nie było to tak dawno temu, ale te kilka lat naprawdę robiło różnicę w odporności psychicznej na różne zjawiska, które teraz są dla mnie bardziej zrozumiałe i podchodzę do nich spokojniej.
Ale przede wszystkim pamiętam tę HIPERCIEPŁĄ ODPOWIEDŹ ŚRODOWISKA JEŹDZIECKIEGO. Po prostu ekstra jest wypuścić produkt, który jest przydatny i cieszy nabywców. Zabrzmi to banalnie, ale właśnie Wasza ciepła odpowiedź jest dla mnie największą zapłatą za trud włożony w przygotowanie zbioru. (>wzruszająca muzyka w tle<). Ja jestem bardzo wrażliwa na opinię. Przy negatywnej marnieję, przy pozytywnej rozwijam skrzydła i reakcja koniarzy na Konia Zebranego naprawdę rozwinęła te skrzydła. No, była przygoda.
Na fali wypuściłam Zaklepanego!, skupionego wokół zagadnienia zakupu i posiadania konia. Komputer mam zawalony różnymi projektami. Tematy na zbiory zadań jeszcze się nie skończyły!

Koń Zebrany to wielkie życiowe osiągnięcie. Niby nic, a jednak!

8. #LUZACZKA
Absolutnie Wielka Przygoda, która się zaczęła… w zasadzie dopiero startuje. Serce mi rośnie i nie mogę się doczekać, aż książka trafi w Wasze ręce. Wiem, że się spodoba, bo każdy, kto do tej pory czytał, reagował superpozytywnie. Nie, to nie jest wielka literatura i Nike za to nie dostanę. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że lekka lektura, która wywołuje banana na twarzy i poprawia nastrój na ho ho ho, tak długo. A ja naprawdę lubię, gdy ludzie mają dobry humor 🙂

 

#Luzaczka.ę przed premierą należy sprawdzić w każdych warunkach, np. czy nadaje się jako lektura do pociągu? (Odp: tak)
Opublikowano:

wpis z 29 września 2017 :)

Znacie to cudowne uczucie, kiedy na nic się nie ma czasu i macie tak dużo do zrobienia?
Do poprawki: Znacie to OKROPNE uczucie?
No więc ja wybieram opcję numer jeden i doświadczam teraz CUDOWNEGO uczucia.

Ogólnie to siedzę przed kompem całymi dniami i nocami, więc niby się nic nie zmieniło, a jednak. Dużo się dzieje.

#Luzaczka jest oficjalnie wydrukowana! Stoi w wielkich pudłach i czeka na rozpakowanie. Gdyby nie to, że przebywam daleko poza domem, przyśpieszyłabym premierę #Luzaczka.i, skoro już FIZYCZNIE JEST. Gdy wrócę do domu, to rozważę wcześniejszą wysyłkę i przyśpieszenie premiery. Ucierpi na tym profesjonalizm (przesuwanie daty premiery?! kto to słyszał!) ale hej! ja NIGDZIE nie mówiłam, że jestem w czymkolwiek profesjonalistką 😉

#Luzaczka zmusiła mnie do nauki wielu technicznych i księgowych umiejętności. Do tej pory wszystkie płatności były przepuszczane przez inną firmę, od niedawna jest to firma TŻ. Więc teraz piszę ten post jako przerwę od wystawiania pietryliarda faktur. To fajna praca. Każda jedna faktura to jak olbrzymi LIKE, to jak niebieska łapa wielkości ziemskiego globu, trzymająca transparent: „ufam ci, żeś odwaliła robotę godną zapłaty”. Każda przedpremierowo sprzedana książka to z jednej strony powoli spłacająca się pożyczka zaciągnięta na wydruk, a z drugiej strony taki właśnie superpozytywny komunikat, że gdzieś tam, pod tymi różnymi adresami na fakturach, są realni ludzie, którzy lubią mojego niechlujnego bloga. FAJNIE.

Poza tym ja strasznie lubię wypełniać rubryczki. Kilka lat temu miałam praktyki w PZJ. Przez miesiąc wprowadziłam dane setek osób zdających Odznaki Jeździeckie. To był błogi miesiąc. Kocham tabelki.

Robię sobie też przerwę od robienia transkrypcji wywiadów z emigrującymi Romami. Dobrze, że transkrypcje można robić wszędzie, bo aktualnie opiekuję się hotelem dla psów, a to takie miejsce, gdzie nie każdą pracę da się pogodzić 😉

Od następnego tygodnia będę szukać sobie w okolicy pracy. Mam bardzo konkretne wymagania co do niej i na szczęście wpisują się one w najłatwiej dostępne stanowsiak. Ma nie być mentalnie wyczerpująca, tak abym po jej odbębnieniu mogła usiąść do komputera i działać. Ma być blisko. Ma być na pół etatu. Ma nie mieć związku z pisaniem, końmi, pszczołami, social media i ma nie być przy komputerze, a najlepiej gdyby było po nocy, bo ja po godzinie 13-stej nie potrafię wykonywać umysłowej pracy, a tylko fizyczną. Tak, to będzie koniec świata, jeśli mnie nie przyjmą do Lidla 😉

Konieczność zdobycia stałego dochodu (bo ogólnie jestem freelancerką i stały dochód to ostatnia rzecz, która może spotkać freelancera) została podyktowana dwoma rzeczami. Kilka dni temu Adam zadzwonił, że znalazł sobie bardzo fajny kurs muzyczny menedżerski (kilka stów miesięcznie w plecy). To finansowy gwóźdź do trumny (bardzo potrzebny i cenny gwóźdź, ale dalej gwóźdź) naszego domowego budżetu, który i tak być może od połowy października zostanie ostro nadszarpnięty przez to, że… wracam na STUDIA. Za tydzień, 7 października, mam rozmowę kwalifikacyjną na Studia Literacko-Artystyczne w Krakowie. No cóż, jestem ostatnią osobą, która myślała, że wrócę na studia 😉 Ale jeszcze zobaczymy, bo najpierw muszę się dostać. Ale jeśli się dostanę, to gwarantuję Wam – #Luzaczka będzie mieć kontynuację, ale dłuższą, bogatszą językowo i jeszcze lepiej skonstruowaną 🙂

Powolutku klaruje się pomysł zrobienia zbiorowego spotkania autorskiego na Cavalliadzie, z inicjatywy Ewy Szadyn (znanej m.in. z przygód młodej Stefci). Dzielę się tym cichutko, bo #Luzaczka jeszcze nie miała premiery i może świat uzna, że to doskonała podpałka do kominka i wtedy raczej nie będzie mowy o spotkaniach autorskich. Ale na razie się chwalę, bo jeśli by się udało, to byłoby świetnie, nie? Mogłabym wreszcie poznać części z Was w realu 🙂

Planowałam, by w następnym tygodniu pojechać do Kafla. Chciałabym utrzymać częstotliwość wizyt chociaż raz w miesiącu. Ale niestety z kasą krucho. Wolałabym jechać swoim autem, to jest jakieś 180 zł. Chętnie biorę blablacarowiczów, ale mało kto jeździ w środku tygodnia z Warszawy na ostatnie mazurskie zadupie. I jeszcze jesienią. Blabla jest prostym rozwiązaniem, ale przy lipcowym wyjeździe piątek-niedziela 😉 A ja strasznie tęsknię za Kaflem!

A poza tym myślałam, że podczas tego tygodnia w hotelu uda mi się zrobić dwie rzeczy: zrobić Adamowi płytki cd (złożyć okładki i zamówić opakowania) oraz dokończyć ilustracje do „Ciuchów jeździeckich” / „Szafy koniarza” (jeszcze nie ma tytułu). Miał być kwartalnik zeszytów tematycznych, ale jedną „Szafę” robimy z Olą już od ponad roku, więc nie mam pewności, czy to tempo podchodzi pod kwartalnik xd.

Robienie ilustracji jest świetne. Kocham mazaki (OK, OK, promarkery…). Rysowanie nimi to najsuperowsza praca pod słońcem.

To tyle. Zamieszczam kilka moich bazgrołów z zeszytu do polskiego z PIERWSZEJ LICEUM. Żeby nie było, że mało końsko xd

Opublikowano:

Kiedy koń boi się wchodzić do wody…

Jesień – dobra okazja na odświeżenie dawnego posta o pokonywaniu końskiego lęku przed wodą. Zastrzegam, że jest to post dla średniozaawansowanych – początkujący nie powinni się zabierać za rozwiązywanie problemu, a zaawansowani wiedzą co i jak 🙂

WDECH-WYDECH

Wiele koni boi się wody i jest to zupełnie naturalne. Nie mamy co się denerwować, kiedy zwierz nie chce przejść przez zwykłą kałużę… my wiemy, że jej głębokość to zaledwie kilka centymetrów, ale koń tego nie wie. Jego lęk jest całkiem uzasadniony, ale wymaga odrobiny skupienia, by zrozumieć ewolucyjny, instynktowny „punk widzenia”.

  1. Kałuża może tak naprawdę być zapadniętą, głęboką dziurą. „Ale nie jest!” ciśnie się na usta. Weźcie sobie jednak wyobraźcie, że stoicie nie przed kałużą, ale przed rzeką. Rzeki bardzo często mają wysokie brzegi i od razu głęboką wodę – tutaj już dla człowieka lęk konia powinien być zrozumiały. Dla konia woda to woda i po prostu może być głęboka. Wpadnięcie do głębokiej wody to kłopoty, podpowiada koniom instynkt. Tak działa ewolucja: te z koni, które bezrefleksyjnie podchodziły do wody, miewały w tej wodzie wypadki i nie przekazywały genów. Jasne, że są konie, które od źrebięctwa kochają wodę, poza tym dzikie konie nie stronią od kąpieli. Chodzi o taką refleksyjność: koń ma swoje zwierzęce prawo mieć wątpliwości co do bezpieczeństwa wody. Te wątpliwości usuwa się poprawnym treningiem.
  2. Kałuża to woda z ziemią, a woda z ziemią to błoto. Pół biedy jeśli błoto, gorzej jeśli grzęzawisko, czyli ryzyko kontuzji, utknięcia, a stąd już blisko do bycia zjedzonym przez pumę, wilki, czy co tam zjada konie. Co do podłoża pod wodą koń też ma prawo mieć wątpliwości. (Moja słynna bagienna historia potwierdza, że koń może mieć rację!)
  3. Kałużę można obejść, zaoszczędzając sobie nerwów, nie robiąc hałasu, nie ryzykując. Człowieki to głupie istoty – chcą przez wszystko skakać i przełazić, jakby zupełnie nie kumając, że wystarczy zrobić dwa kroki w bok i po kłopocie.
  4. Niechęć konia do wchodzenia do wody sama w sobie zwykle nie jest fobiczna, ale czasem przeradza się w walkę z jeźdźcem jakby „dla zasady”. Tu już nie chodzi o kałużę, tylko o stały, duży konflikt między koniem i jeźdźcem, gdzie koń postrzega jeźdźca jako wroga, przeciwnika. Wydaje się w tym momencie absolutnie logiczne, że jeśli „lider” bez autorytetu każe wejść w podejrzane miejsce, to jego decyzja na bank skończy się katastrofą. Jest absolutnie logiczne, że jeśli wróg każe ci wejść w kałużę, to najpewniej jest to wilczy dół służący do upolowania konia i pożarcia go. Najpewniej człowiek posłuży się rekinami albo potworami. Być może krakenami. Kto wie. Lepiej tam nie wchodzić.

Generalnie jeśli macie źle ustawione relacje z koniem, czy też mówiąc konkretniej jesteście kiepskimi jeźdźcami i jeszcze nie umiecie szkolić konia, to o konflikty bardzo łatwo. Same przyznajcie: te kałuże naprawdę DA SIĘ obejść w większości przypadków! Więc jeźdźcowi też wcale nie chodzi o pokonanie przeszkody, tylko o relację, w której koń słucha się jeźdźca, o to, żeby koń akceptował zjawiska niegroźne, żeby szedł po liniach prostych, nie wygłupiał się i tak dalej. Chodzi w dużej mierze o zasady, a nie o to, że jak koń nie wejdzie do kałuży, to nie wyjedziecie w teren poza stajnię. Nie chodzi o to, że kałuża jest bardzo duża i że często goni was hiszpańska inkwizycja i jeśli zaczniecie objeżdżać kałużę, a oni będą mieli lepiej wyszkolone konie, to szybciej dogonią, więc umiejętność wchodzenia w kałuże przekłada się bezpośrednio na unikanie tortur.

Zazwyczaj chodzi o zasady. Oraz o jakiś mylnie pojmowany honor, upór, stawianie na swoim. „To nie może być tak, że koń odmawia przechodzenia przez kałuże! Nie ruszymy się z tego miejsca dopóki, głupi koniu, nie wleziesz do wody!”. To fatalne nastawienie. ŻADNEJ WALKI.

Podoba mi się ta okładka poradnika – „POMÓŻ koniowi, który boi się wody”. To, że konie są z natury raczej płochliwe, nie oznacza, że lubią się bać! To super pomysł na zmianę naszego myślenia: pomyśleć o nauce przechodzenia o kałuże jak o POMOCY, a nie szkoleniu, ustalaniu zasad itd. Czasem taka drobna zmiana w naszym myśleniu skutkuje np. większą cierpliwością.
No dobra, to już wiemy, że koń ma prawo nie chcieć wejść do wody, a my nie mamy prawa się wściekać. To teraz ta część, gdzie tłumaczę, co zrobić, by jednak wszedł i żeby się nie wściec.

 

PRZYPOWIEŚĆ O KONIKACH I INSTRUKTORACH

Jako dwunastolatka jeździłam samodzielnie na dwóch konikach i jeden bał się wody. Wtedy doceniłam magię posiadania instruktora do pomocy. Koń oddany na tydzień w „wodny trening” dalej czuł się niepewnie w wodzie, ale nakłonienie go do wejścia w kałuże było łatwiejsze i na miarę moich nastoletnich małych umiejętności. Młodym jeźdźcom jeżdżącym po wsiach i bez instruktorów może się wydawać, że „nie opłaca się” „inwestować” w instruktora. Że się wyda kupę kasy, a jeszcze będzie zamieszanie, bo trzeba będzie tego konia gdzieś przenieść do innej stajni. Nie, czasem wystarczy nawet jedna sesja z ogarniętym instruktorem, który spojrzy na ciebie i konia, zauważy błędy, wskaże rozwiązania i zaprezentuje co i jak. Dobrze jest się umówić, by było to dłuższe spotkanie, nieograniczone do jednej godziny, tak aby otrzymać wyczerpujący instruktarz. Wiem, że jest dużo osób, które jeżdżą bez instruktorów, nie mają jakiegoś olbrzymiego doświadczenia i bardzo pilnują budżetu, ale lepsza jedna sesja niż żadna!

JAK TO POWINNO WYGLĄDAĆ
Jeśli koń jest młody, a jeździec zaawansowany, to nauka wchodzenia do wody to żadna nauka. Zazwyczaj wygląda to tak, że jest już środek jazdy, koń rozgrzany fizycznie i psychicznie. Jeździec wybiera sobie łatwą przeszkodę wodną, najpierw przodem przechodzi czołowy, spokojny koń. Młody koń jest na pomocach, ale na „otwartych” wodzach, przy wodzie się chwilę waha, ale jeździec nie wywiera większej presji, koń obniża głowę mniej lub bardziej, po sekundzie jeździec daje sygnał, że czas ruszać, koń rusza, trochę spięty, ale wychodzi z wody – i tyle tego przyzwyczajania. Zazwyczaj jest go jeszcze mniej, bo koń został przyuczony do wody na etapie układania jako źrebię czy roczniak oraz późniejszego lonżowania. Jeśli jeździec by podszedł z bojowym nastawieniem i nie było konia przewodnika, a do tego nie pozwoliłby na sekundę oswojenia się, to byłby to dobry punkt do zbudowania przyszłej wodnej fobii i wyuczenia konia, że woda/kałuża to sygnał do walki z jeźdźcem.

Ale ja tu nie o koniach, które już umieją wchodzić albo dopiero się uczą, tylko o takich, co tak nie bardzo chcą.

ŁYDA, RURA DO PRZODU – PRZEPYCHAMY Z RÓŻNYM SKUTKIEM
Czasem udaje się konia przepchnąć przez kałużę mniej lub bardziej na siłę, czyli łyda, bat, dawaj! i do przodu. No cóż, łydka wzmocniona batem i koń postawiony na pomoce to nie jest narzędzie szatana. W tych najlżejszych przypadkach (koń który się tylko trochę boi, taki, co już wielokrotnie wchodził i trochę „przesadza”, koń kombinant, co jeźdźca wozi, gdzie tylko chce, koń podważający autorytet, itd.) można sobie pozwolić na takie postępowanie, nie demonizujmy i nie róbmy z jazdy konnej filozofii oderwanej od realiów. Czasem sobie na tę łydę z batem pozwolić można. Ale to ogólnie nie jest zalecany sposób, bo jeśli konflikt jest głębszy, to koń może na te łydę zareagować baranem, wycofaniem oraz głębokim postanowieniem, że do kałuży to może on i wejdzie, ale po ludzkim trupie. Poza tym jeśli się boi, a my dowalimy mu spinę, łydę, bat i okrzyk, to potraktuje to jako spełniające się podejrzenia. Podejrzewał, że kałuża to nic dobrego i ma – dostał kopa i agresywny okrzyk. Znaczy się, kałuże lepiej unikać.

JAK REAGUJĄ JEŹDŹCY?
Rzecz w tym, że gdy koń podchodzi do kałuży, dzieje się zazwyczaj kilka rzeczy. – Koń się boi i nie chce przejść – Jest zaciekawiony, chce rozpoznać sytuację. – Ma swoje zdanie.

Jak na to reagują jeźdźcy? (dotyczy nie tylko kałuż, ale też jezior, sadzawek, rzek itd)
1) PAN I WŁADCA
Widzi kałużę. Bierze konia na mocniejszy kontakt. Trzyma konia na łydkach, w razie czego wesprze łydkę batem i zakrzyknięciem. Czasem działa, czasem nie. Jeśli nie działa, to koń zestresowany nawet nie podejdzie do kałuży i rozpocznie się walka. Najprawdopodobniej zakończona ominięciem kałuży po godzinie starań, albo mniejszym lub większym złamaniem konia (postawieniem go w sytuacji, w którym musi wybierać: wejdzie do potencjalnie niebezpiecznej wody, albo będzie dalej dostawał batem, łydkami itd). Dobry jeździec zbuduje twarde posłuszeństwo, ale podszyte zaufaniem, że to posłuszeństwo popłaca. Zły jeździec zwyczajnie złamie konia.
2) MAM DOBRE INTENCJE
Nie chcę być tym złym, co łydką, batem i krzykiem zmusza konia do wejścia do wody. Wiem, że to dla konia trudne i jestem wyrozumiały. Podjeżdżam więc do kałuży, pozwalam koniowi wyciągnąć szyję i powąchać wodę… i w tym momencie, kiedy tracisz kontakt na wodzy, koń robi w tył zwrot. Po takiej dobroci można przechodzić przez jedną kałużę godzinami.
3) MIKS
Złoty środek „po dobroci” + „ze zdecydowaniem” zazwyczaj daje super rezultaty.

Więc jeszcze raz, co NIE DZIAŁA? (lub działa czasem/trochę?)
– Bat, łyda, krzyk – zazwyczaj powodują bunt, niechęć, walkę, większy strach. Działa „trochę”: gdy koń się trochę stara, a jeździec używa trochę łydki i trochę bata. Z wyczuciem.
– Nadzieja, że koń sam przejdzie, jeśli poklepie się go po szyi. Koń nie jest głupi, widzi alternatywne rozwiązania: obejść wodę lub zawrócić. Działa gdy koń zawsze chętnie wchodzi do wody, a wyjątkowo coś mu nie podpasowało, np. zmienił się poziom wody i na chwilę się zaniepokoił. Da mu się chwilę i sam wejdzie.
– Smakołyki – rozciągają szyję. Mogą trochę zachęcić i być środkiem pomocniczym. Ale samo w sobie nie przełamie wielkiego stracha. Działa, gdy koń się tylko trochę boi i gdy jest łasuch 🙂
– Jeden człek ciągnie, drugi popędza – praca zespołowa jak przy ośle, jedna osoba wchodzi do wody i ciągnie zwierzaka, a druga popędza z brzegu. Na siłę może się uda, ale chyba szybciej będzie już tego konia spychaczem wepchnąć do wody… I nie miej nadziei, że zwierzak prędko polubi wodę.

Kiedy działa „mocna łyda” to zazwyczaj nie działa „mocna łyda” tylko co innego: zdecydowanie jeźdźca, energicznych ruch do przodu, postawienie konia na pomoce. Energia, zdecydowanie i postawienie to standardowy, klasyczny i niezły sposób wprowadzania konia, pod warunkiem, że… nie zatrzyma się przed wodą za nic nie dając się wprowadzić 😉

CO DZIAŁA?
– Cierpliwość. A raczej taki spokój ducha. Co ma być to będzie. Kiedy wlezie to wlezie. Może będzie to za minutę, może dziś się nie uda. Nie patrz na zegarek. To uniwersalna zasada pracy z końmi.
– Dobry wybór miejsca. Zastanów się, od czego zacząć, gdzie jest najlepsze miejsce do ćwiczeń. Nie pchaj na głęboką wodę.
– Wyrozumiałość. Koń wejdzie do jednej kałuży dziesięć razy. Podjedziesz do drugiej kałuży – i już nie wejdzie, bo to inna kałuża. Nie denerwuj się i wyluzuj. Musisz nauczyć konia wchodzić do 10, 20, 50 kałuż i innej wody zanim zacznie uogólniać wodę i zacznie zwierzę zakładać, że „nowa woda” go nie wciągnie.
– Opcja zejścia – ogólnie czasem milej jest wybrać się na osobną sesję kałużowo-wodną obok konia, w wysokich kaloszach, niż w połowie jazdy odkrywać w sobie potrzebę przepchania konia przez wodę. Schodzenie z konia to nie jest przypadłość nawiedzonych naturalsów! Zejście i przeprowadzenie, albo poproszenie innego człowieka, by przeprowadził w ręku, to jeden z najprostszych i najłatwiejszych sposobów!
– Znajdź przewodnika – koń szybciej wejdzie za drugim koniem.
– Przerwy – próby wejścia do wody są dla konia psychicznie wyczerpujące, więc gdy zrobi coś godnego pochwały, oddal się z nim, pojedź dalej. To dla niego nagroda i odpoczynek.
– Przykład – jeśli już stoisz na ziemi, to musisz samemu wejść do wody. Nie unikaj jej za wszelką cenę. Koń dobrze wie, że nie chcesz wejść do wody i wysnuwa swoje wnioski 😉
– Małe kroki – twoim celem jest sprawienie, by koń wszedł do wody? Nie do końca. Celów jest kilka. Podejście blisko wody. Podejście o kroczek bliżej wody niż poprzednio. Zrobienie kolejnego kroczku w stronę wody (każdy krok jest cenny, pamiętaj o tym :). Powąchanie wody. Położenie kopyta na brzegu. Poruszenie kopytem lustra wody. Zanurzenie warg. Jedno kopytko w wodzie. Drugie kopytko w wodzie. Łapiesz o co chodzi. Każdy mały krok to mały sukces. Ciesz się, że wszedł jednym kopytem, nie wściekaj, że pozostałe trzy są wciąż na brzegu 😉 (To też dobra rada odnośnie życia…)
-Zakręty – mały trik: jeśli koń robi krok w bok, zazwyczaj też robi tym samym mały krok do przodu. Jeśli więc zwierzak za nic nie chce postawić kopyta w wodzie, można poprosić go o mały kroczek w prawo… a potem w lewo… i znowu w prawo…
– Jedna taktyka – nie zmieniaj taktyki i zamysłu tylko dlatego, że nie działa. Zazwyczaj działa, tylko trzeba stosować konsekwentnie przez pół godziny, a nie trzy minuty.
– Kończ w dobrym momencie – jeśli trafił ci się twardy zawodnik, a do tego sama nie masz doświadczenia w nakłanianiu konia do wchodzenia do wody, nie zmuszaj siebie i konia do realizacji planu „dziś wleziemy w największą wodę”. Równie dobrze możesz zakończyć tego dnia na etapie powąchania wody. To już coś 🙂
– Postawienie na pomoce.
– Kontakt – siedząc na koniu trzeba pozwolić mu się schylić, przyjrzeć się wodzie, chlapnąć kopytkiem, zmącić pyskiem. Jednak niech tego koń nie wykorzysta do odwrotu. Pozwól na schylenie, ale w niewielkim stopniu wydłużaj wodze, zachowaj czujny dosiad, wyciągnij ręce w dół i do przodu. Jeśli koń postanowi zawrócić, szybki powrót do kontaktu nie będzie problemem. Poza tym przy takich sytuacjach utrzymuje się raczej szersze ustawienie dłoni. Można powiedzieć, że to taki „otwarty” kontakt, „otwarte” wodze, które sugerują koniowi, że jak zechce, to może wyciągnąć głowę i dotknąć lustra wody, nie blokują go, ale jednocześnie dają sygnał, że jeździec jest ze swoimi dłońmi obecny.
– Lonżowanie – jeśli kałuże są na ujeżdżalni, a koń umie chodzić na lonży (a nie że tylko bezmyślnie lata w kółko ledwo reagując na głos), to wystarczy odbyć kilka sesji pośród kałuż. Nie skupiamy się na kałużach. Po prostu trochę zmieniamy swoje położenie, zbliżając okrąg ruchu konia do wody, oddalając się itd. Nadarzy się wiele okazji, by koń niechcący dotknął kopytkiem wody, a stąd już bliska droga do dzielnego ignorowania wody!

Nie funduj koniowi takich przykrości jak:
– Wejście do lodowanej i głębokiej wody. Im niższa temperatura powietrza, tym płytsza woda do której wchodzimy, OK? Jesienią jest pora na naukę wchodzenia do kałuż, nie jeziora.
– Wpadnięcie do wody przez wpychanie konia na bardzo ostry spadek.
– Dno pełne kamulców, po których koń się ślizga.
– Przejście przez kałużę na kocich łbach, z kamieniami, puszką, butelką, śmieciami, albo teren podmokły.

Dobre miejsca do ćwiczenia wchodzenia do wody:
– myjka i kałuża po kąpieli (jesienią już za późno na outdoorowe kąpiele)
– płytkie i olbrzymie błotno-wodne kałuże na ujeżdżalni (gdy sie nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma – zły drenaż ujeżdżalni miewa swoje zalety. Nędzne, ale jednak)
– dwie połączone kałuże (takie jak cyferka 8 albo oo – przechodzisz w najwęższym miejscu)
– jeziora o łagodnym zboczu, o piaszczystej plaży, spokojnej tafli.

Fajne są takie kałuże, co się połączyły dwie. To znaczy są dwie kałuże obok siebie i cienka warstwa suchego gruntu między nimi, albo tylko trochę połączone cienkim pasem wody. To w zasadzie najlepsza okazja, by w terenie ćwiczyć wchodzenie do kałuż. Jak jadę na koniu, o którym wiem, że nie kocha wody, to nie próbuję wpychać go w kałuże okrągłe, tylko czekam aż pojawi się taka z „lejkiem” albo „wałem”.

W takich miejscach unikniemy walki, nawet gdy nasze umiejętności są niewielkie 🙂

Jeśli koń się boi wody, a nie mam dostępu do któregoś z powyższych, nawet nie próbuję nakłonić konia do wejścia. Szkoda nerwów moich i konia. Zaklinaczem nie będę, a jak słusznie zauważają konie – każdą wodę da się obejść… I czasem warto się z nimi zgodzić i nie psuć sobie krwi 😉

BHP NA PEGAZACH
Uważaj. Koń pokonując wodę może chcieć ją przeskoczyć. Dotyczy zarówno małych kałuż jak i tak wielkich, że przeskoczenie nie byłoby możliwe – mimo to niektóre konie podejmują próbę.

W ZASADZIE… PO CO? 😉
I ostatnia sprawa. Jeśli twój koń za nic nie chce wchodzić do wody i nie umiesz sobie z tym poradzić, to może warto po prostu odpuścić? Kałużowe konflikty między koniem a jeźdźcem potrafią być naprawdę poważne i naprawdę nie warto wchodzić w kłótnię, której nie mamy prawa wygrać, skoro nie mamy umiejętności. Lepiej jest nie prowokować takich sytuacji i ładnie na pomocach przeprowadzać konia obok kałuży, udając, że to jest dokładnie to, o co nam chodziło, nigdy do żadnej kałuży nie chcieliśmy wchodzić. Lepiej jest nie podważać własnego autorytetu, jeśli jest niewielki! Może znajdziesz instruktora, który ci pomoże, może wyślesz konia na takie praktyczne terenowo-krosowe szkolenie, może za rok nabierzesz takiego wyczucia i wprawy, że problem rozwiążesz, a może po jakimś czasie koń zapomni, niechęć się zatrze. Jeśli jeździsz sama w tereny, to może coś się zmieni i zaczniesz jeździć z dobrym czołowym. Czasem lepiej jest po prostu odpuścić.

To tyle. Miłego babrania się w błocie!

PS. Poznałam na studiach taką dziewczynę, która w rodzinnym gospodarstwie miała kobyłkę do woza. Mówiła, że jak spadnie deszcz, to nie oprzęgają konia. Bo jeśli natrafią na kałużę na wąskiej drodze, to koń nie przejdzie. Jeśli nie będzie się dało wykręcić, to trzeba będzie cofać konia z bryczką aż do jakiegoś skrzyżowania, żeby wykręcić. Niesamowite do jakiego poziomu może dojść końska niechęć do wody – ale jest ona w dużej mierze wyuczona… a więc i oduczalna 😉