Przeskocz do treści

Sponsoring w jeździectwie - zewnętrzne źródło pieniędzy na treningi, sprzęt, wpisowe, transport. Marzenie, co nie? O sponsora znacznie łatwiej, kiedy już jesteś świetnym zawodnikiem. Z kolei nie da się być świetnym w jeździeckim sporcie bez nakładów finansowych. I tak powstaje błędne koło.

„Szukam pomocy w znalezieniu sponsora dla koleżanki, która startuje na moim koniu, obecnie są to konkursy 90 cm, L, czy mają państwo jakieś rady?” - Rad się trochę znajdzie, czy trafnych, to już inna sprawa 😉 Wpis luźny, na szybko, bez organizacji – przepraszam za to. (BTW, klasa L to 100 cm, rozumiem, że chodzi o zakres LL-L).

Sponsoring to coś za coś. Firma/spółka/osoba prywatna opłaca konkretne koszta, a w zamian za to jeździec GODNIE reprezentuje swojego sponsora. Sponsoring to nic innego, a reklama. Nie tylko chodzi o reklamę typu przyszywka na marynarce czy czapraku (jakby chodziło o reklamę wizualną, to sponsor raczej sponsorowałby zawody, a nie zawodnika), chodzi raczej o PR, dbałość o wizerunek firmy: zaangażowanej we wspieranie biednych zawodników sportowych, którzy dzięki wielkoduszności firmy/osoby mogą podbijać świat. Jest się czym pochwalić na nieformalnych spotkaniach biznesowych.

Co za tym idzie, lepiej nie jeździć jak pupa wołowa. Zanim ktoś zacznie szukać sponsora, niech się solidnie zastanowi, czy ma realne szanse na regularne stawanie na podium. Sponsor chce potencjalnego zwycięzcy, osobę elegancką i kontaktową. Spójrzmy więc realnie. Czy do poziomu, na którym startujemy, jesteśmy dobrze przygotowani? Czy koń ma możliwości na więcej?

MUSISZ MIEĆ WARTOŚĆ MARKETINGOWĄ!

Czy osoba, która startuje w niższych klasach, ma szanse na sponsora? W końcu nie jest i nie będzie w najbliższym czasie znanym zawodnikiem, który wymiata parkury po 150 cm. W pierwszym odruchu ma się ochotę powiedzieć, że nie, ale to nieprawda. Niższe klasy to zawody regionalne. Nie dość, że część kosztów mniejsza, to do tego zawody rozgrywane są lokalnie. Dla mnie byłoby to wartością, że wspieram kogoś z moich okolic. I w drugą stronę – mieszkając pod Warszawą nie sponsorowałabym zawodniczki ze Śląska (chyba że byłyby jakieś okoliczności tworzące logiczny związek między mną a tą zawodniczką).

Nie szukaj sponsora, jeśli jesteś tylko mistrzem podwórka. Musisz się pochwalić osiągnięciami na arenie minimum regionalnej. Nikt w ciemno nie wpompuje w ciebie pieniędzy.

Gdybym ja miała szukać sponsora sportowego dla niskich klas, przede wszystkim uderzyłabym do tych firm/spółek, które działają lokalnie, lub mają w moim regionie filię. Też o tyle łatwiej, że jak będą się chcieli poznać w realu przed nawiązaniem współpracy, to nie trzeba będzie zasuwać z Krakowa do Gdańska na kawkę, uścisk dłoni prezesa i pa pa.

Trzeba spisać umowę sponsorską, która szczegółowo opisuje wzajemne relacje, wymogi obu stron i koszta. Jakie koszta opłaca sponsor? Całe? Utrzymanie konia, treningi, wpisowe, przewóz, boks i pokój, a jak siodło trzeba zmienić, to nowe? To sfera marzeń, które się spełniają jak wygrana w totka, czyli niby się spełniają, ale łatwo się rozczarować. Sponsor raczej nie opłaci ci całości, a tylko część tych kosztów. Prosta sprawa: osób szukających sponsora jest masa, chętnych na wybulenie forsy niewielu, a do tego koszt sportu wysoki, więc szuka się kompromisu. Ten sponsoring to może być opłacanie wpisowego, przewozu albo sprzętu. Warto się zastanowić: ile MY możemy przeznaczyć pieniędzy na sport, a wobec tego ILE nam brakuje?

Ogólnie warto próbować szukać sponsora, bo koniec końców sponsor sporo zyskuje, a niewiele ryzykuje – w porównaniu do sytuacji, gdyby miał być właścicielem klubu, albo konia pod płatnym zawodnikiem. Bycie właścicielem konia to większy koszt, ryzyko i babranina, niż współpraca z zawodnikiem, który już dysponuje koniem i entuzjazmem (dobrze, jakby dysponował też doświadczeniem, umiejętnościami i determinacją...). Sponsoring, warto pamiętać, nie jest darowizną, idzie więc w koszta i prowadzi w pewnym stopniu do obniżenia podatku dochodowego. To taka informacja dla przypadkowych przyszłych sponsorów, którzy czytają ten tekst.

Gdybym miała wolne kilka stówek/tysięcy miesięcznie (piękny świat w którym wygrałam te miliony na loterii) i szukała zawodnika do sponsorowania, to brałabym pod uwagę dotychczasowe osiągnięcia, możliwości, charakter zawodnika, czy już ma jakieś zaplecze treningowe (nie będę zawodnikowi szukać trenera!), a także... czy ładnie wyglądają wraz z koniem, wszak liczy się prezencja, zawodnik to „ruchoma reklama wizualna”. Odrobinkę liczyłby się popularny fanpage. W zamian liczyłabym na dobre wyniki, którymi mogłabym się chwalić, ustalenie barw spójnych z barwami firmy, naszywek/nadruków na czapraku. A w ogóle to w mojej umowie byłoby zapisane bardzo szczegółowo, jak ma być ten zawodnik promowany w social media i miałabym mieć wpływ na insta czy fb, tak żeby stały się dodatkowym kanałem reklamowym mojej firmy.
Ech, pomarzyłam sobie...

Dobra-dobra, jakiś konkret by się przydał, co?
Pogadaj z osobami, które mają sponsorów. Raz na jakiś czas wyświetla mi się na FB, że jakaś firma chwali się, że ich zawodniczka coś osiągnęła. Skontaktuj się z tą zawodniczką/iem i spytaj się o historię sponsoringu. Przepraszam, że nie odwalę tutaj solidnej dziennikarskiej roboty. Hej, ale może warto napisać do gazet jeździeckich z prośbą o dokładne przedstawienie sprawy i poszczególnych historii zawodników? Temat brzmi bardzo fajnie!

Potrzebujesz CV. W ogóle jak czegokolwiek chcesz od kogokolwiek (przyjęcia na elitarne studia, grupy artystycznej, do pracy, wydania książki, płyty, zorganizowania wystawy), to musisz mieć CV, czyli jednostronny i wypunktowany opis, kto ty jesteś, co osiągnęłaś w życiu i co w nim robiłaś. CV są różne, to nie jest tak, że napiszesz sobie jedno CV w Wordzie i to wystarczy. CV do pracy będzie skupiało się na tym, co zainteresuje pracodawcę. CV końskie musi zarysować ciebie oraz twoje doświadczenia/osiągnięcia jeździeckie. Nie musisz tego koniecznie tytułować jako CV, ale komukolwiek wyślesz pytanie o sponsoring, musi jednym rzutem oka zobaczyć, kto do niego napisał i czy nie jest dziewięcioletnią dziewczynką o dużych marzeniach.

Choć, jak się zastanowić, taka dziewięcioletnia dziewczynka miałaby całkiem realne szanse. To słodkie. Medialne.

List motywacyjny to tak naprawdę zwykły mail, którego wyślesz do firm. W liście motywacyjnym piszesz:
- kim jesteś
- w jakiej sprawie piszesz
- CZEMU AKURAT DO NICH
- i co by na tym zyskali.
To oznacza, że piszesz pewien schemat, ale być może trzeba będzie modyfikować w przypadku różnych firm. Dla jednej może być ważne, że pochodzisz z tego samego miasta, dla innej, że produkty/usługi firmy są kierowane do tej grupy wiekowej, w której jesteś. Może dużo działają w social media, a tak się składa, że dobijasz do 10k i masz super fotki, z których mogli by korzystać? Warto też przedstawić charakter zawodów jeździeckich, bo mało kto wie, co to znaczy „klasa L” i czym tak dokładnie są zawody regionalne, ile ich jest i tak dalej. Mail nie może być natarczywy, wymaga szczerości, ale też zręczności. Napisz go, popraw, odstaw na tydzień, sprawdź jeszcze raz i daj kilku osobom do sprawdzenia. Postaraj się pisać na maksa treściwie i przejrzyście (czyli nie jak ta notka). 1 strona najlepiej, absolutne maksimum - dwie. Możesz dołączyć zdjęcia, szczególnie że będziesz to wszystko rozsyłać mailowo. List motywacyjny warto dać także jako załącznik, ponieważ w sekretariacie danej firmy osoba obsługująca maila może chcieć zrzucić sobie wszystko do folderu i wtedy twój list motywacyjny "zniknie" (chyba że osobie odbierającej maile będzie się chciało kopiować treść do pliku tekstowego - nie każ im jednak dokładać sobie pracy).
Spójrz na potencjalnych sponsorów indywidualne. Jeśli spółka X chwali się, że obecnie są na targach, to odezwij się do nich po zakończeniu imprezy. Małej firmie możesz zasugerować mniejsze oczekiwania wobec nich, bo łatwiej namówisz ich na opłacanie wpisowego albo comiesięcznych dwóch treningów, niż od razu wszystkiego. W zakładce „kontakt” starannie poszukaj odpowiedniej osoby. Idealnie, jeśli jest to ktoś od marketingu. Jeśli nie ma takiej osoby, to pisz na maila ogólnego. Jeśli piszesz na maila jednej osoby, to pisz konkretnie do niej. Nieprawidłowy zwrot początkowy (np. ogólny „Państwo” gdy piszesz do konkretnej osoby i na odwrót "Szanowny Panie", gdy maila może odebrać kobieta) jest przejawem braku szacunku, sugeruje też wysyłanie jednej wiadomości do wielu osób. „Szanowny Panie” do kobiety i „Szanowni Państwo” do mężczyzny może przekreślić wasze starania w dwóch słowach. Jak kogoś o coś prosisz, to wiedz, kogo o coś prosisz. (Ten wpis na blogu jest odpowiedzią na wiadomość zaczynającą się od „Witam, znają się PAŃSTWO(...)”. Gdyby nie to, że temat jest ciekawy, to bym wiadomość zignorowała, bo nie lubię, jak ktoś czegoś ode mnie chce, a nie chce mu się zajrzeć do informacji, czy Konna jest prowadzona przez Gabę (sztuk jeden) czy też może całe stado Gab).

Zakręć się, popytaj znajomych (lub rodziców i znajomych rodziców, zależnie w jakim wieku jesteś), bo przez polecenia i znajomych znajomych będzie najłatwiej kogoś znaleźć.

Na koniec przypomnę historię mojej przyjaciółki, która przez rok czy dwa jeździła na cudzym koniu. Właścicielka nie miała czasu (BTW, stąd historia Łucji, Renaty Koszynieckiej i Chwasta) i znalazła szesnastolatkę z entuzjazmem do objeżdżania konia. Opłacała pensjonat (w końcu to był jej koń), regularne treningi (by koń się rozwijał) i starty w pobliskich zawodach. To dobry przykład, że znalezienie sponsora dla niedoświadczonego początkującego zawodnika na poziomie L (czyli, nie oszukujmy się - początkującym) jest całkowicie możliwe, choć wymaga...
SZCZĘŚCIA - ZNAJOMOŚCI - WIZJI ZYSKU SPONSORA

***
Tekst powstał na podstawie riserczu internetowego, obserwacji znajomych i własnych przemyśleń – sama nigdy nie miałam sponsora sportowego, ani takowego nie szukałam. Uwagi osób, które mają/miały sponsora mile widziane!

Miałam wczoraj z Kaflem o tyle fajny dzień, że musiałam rozwiązać problem. Wiecie, kiedy jestem u niego tak rzadko (ostatnio byłam u niego 2 tygodnie temu i jest to swego rodzaju rekord częstych odwiedzin), to nie mam za bardzo możliwości go szkolić, mogę jedynie podtrzymywać część jego umiejętności wypracowanych sześć lat temu. Nauka wymaga regularności i powtarzalności - a co to za powtarzalność, jeden trening we wrześniu, drugi w październiku, trzeci w lutym? Więc moje jazdy są czysto rekreacyjne, są to zawsze spacery, raczej krótsze (bo oboje jesteśmy buły) i za każdym razem wielce się dziwię, że koń mi nie zdziczał aż tak bardzo, jakby mógł. Efekt uboczny (i przykry) tego wszystkiego jest taki, że nie mam żadnych wyzwań, progresu, no po prostu nuda i odgrzewanie kotleta.

Mój wczorajszy problem też nie należał do szczególnie ekscytujących. Powiem wręcz, że jest to dobry przykład, jak bardzo mi się nudzi w moich relacjach z Kaflem, skoro wietrzny dzień i elektrycznego konia uznaję za urozmaicenie i coś ciekawego. Ciekawy to powinien być płynny side-pass po zygzaku albo lotne na małym okręgu albo choćby zwykły trening skokowy, a nie że koń mi chrapał i się płoszył - a potem przestał 😉 Ale powiedzmy, że nawet dobrze, że mam takie problemy, bo lepiej rozumiem początkujących 😛

A było to tak: przyjechałam, wzięłam dziada z padoku, mniej-więcej oczyściłam (bo dokładnie się nie dało - wygląda jakby go ktoś obsikał; może to i dobry trop), osiodłałam, okiełznałam, podprowadziłam pod schodki i wsiadłam. Gdy byłam u niego ostatni raz, na pewno część z was pamięta, poczyniłam obserwację, że Kafel ma już piętnaście lat, towarzyszy mi od trzynastu (!!!) i to dobry moment, by móc sobie na niego tak po prostu wsiąść i pojechać. No więc wsiadłam, przejechałam 200 metrów, zsiadłam, odprowadziłam, rozsiodłałam i stwierdziłam, że może jednak najpierw poćwiczymy z ziemi.

Bo widzicie: mam zawsze na sobie dobrze dopasowany kask, kamizelkę ochronną oraz odblaskową, a przed wyjazdem w teren informuję kogo trzeba, gdzie jadę i mniej więcej kiedy wrócę. Tylko że mimo tych wszystkich zabezpieczeń wciąż nie planuję sprawdzać ich skuteczności. Nie chcę się dowiadywać, czy kask chroni przed wgnieceniem mózgu w ziemię, czy dzięki kamizelce nie zostanę sparaliżowana i czy przez odblaski znajdą mnie po 12 godzinach, a nie że dwa lata później, kiedy leśnicy będą robić wyrąb drzew na bagnie. Tak więc przejechałam 200 metrów, nawet nie dojechałam do mostka (tego od Testu Mostka), bo Kafel mi zaczął caplować (!!!) i iść bokiem i stwierdziłam, że piętnaście lat to przecież wiek buntu, poszukiwania własnej tożsamości, wystawiania autorytetów na próbę i że się nie powinnam dziwić, i co ja sobie myślałam.

Myślę, że Kafel nigdy nie umrze, bo gdy przyjdzie po niego Śmierć, to on po prostu zadrze kitę - spadek po Pilarce, i powie Śmierci coś w rodzaju "spoko spoko, możesz mnie zabrać za tęczowy most, tylko najpierw mnie złap na padoku, a jak ci się uda, to spróbuj na mnie wjechać w zaświaty; masz jedną szansę. Do zobaczenia NIGDY".

Wzięłam więc dziada na lonżę i kantarek sznurkowy. Bez większych ceregieli cmoknęłam i "galop", by zobaczyć, w jakim dokładnie jest nastroju. Był w nastroju wietrznym. Szczota do góry, chrapy rozdęte i płoszenie się kępek trawy o innym odcieniu. To nowość, bo zazwyczaj jego niesubordynacje wynikają po prostu z przerwy i tego, że żaden ze mnie lider, skoro mnie nigdy nie ma. Tym razem niesubordynacje były przez fatalną pogodę (+ przez to że mnie nigdy nie ma).

Typowy przepis na takiego rozbieganego, elektrycznego, wietrznego konia brzmi: wyciszyć. Odangażować zad. Chody boczne. Skupić uwagę na człowieku i zadaniu. Odczulać. Zabrałam się więc do wszystkich ćwiczeń po kolei, żeby Kafel zaczął mnie widzieć, chwilka rozgrzewki na lonży w kółko, zwroty na przodzie, zadzie, side-pass, cofania, w szczególności także ruchy te w większej odległości, by koń faktycznie reagował na MOJE polecenia, a nie automatycznie na to, że go gdzieś dotykam. Koniec końców jednak najlepiej podziałało zadanie w ruchu, w kłusie i galopie, a to dlatego że było dla Kafla bardzo trudne i musiał naprawdę uruchomić swe szanowne zwoje mózgowe. Znaczy się: kazałam mu kłusować i galopować po naprawdę małym kółku. Takim trzy-cztero metrowym (średnica).

On to ćwiczenie dobrze zna jeszcze z czasów, kiedy z nim normalnie pracowałam. Moja chęć nauczenia go poruszania się po super-małych kółkach wynikała z potrzeby płynniejszego poruszania się w terenie. Bo ja potrafię już po fakcie zorientować się, że należało gdzieś skręcić. Można konia nauczyć półpiruetu w galopie, ale nigdy nie doszliśmy do tego poziomu (smutek), więc postanowiłam zadowolić się możliwością zakręcenia w galopie na obszarze ścieżki, czyli zrobienia pół kółka na jakieś 2-4 metry. Bardzo polubiłam ćwiczenia z małych kółek, bo one wymagają od konia bardzo mocnego obciążenia zadu (nie są to piruety, ale nie jest to też po prostu galop - wymaga to od konia ustawienia, uniesienia przodu i ruchu częściowo bocznego), a chyba najbardziej lubię to, że koń sam dobrze wie, co ma zrobić. Sam się prawidłowo ustawia pod to ćwiczenie. Z mojej strony zostaje pilnować, żeby mu za dużo nie kazać, bo on przecież jest masakrycznie niewyćwiczony: więc tego galopu to parę fuli, tego kłusa też nie za wiele, dużo przerw. Jak się koń zmęczy, to może zechcieć poszukać innego wyjścia z sytuacji, czyli np. biegać bezmyślnie z głową w środku, wypadać łopatką albo zadem, a nie o to tu chodzi! Więc ostatecznie sprowadziłam pegaza z chmur na ziemię dzięki kręceniu kołek w kłusie i galopie 😉

Bardzo dumna z ostatecznego wyniku, jakim był spokojniejszy i "osadzony w świecie" koń, zeszłam z placu, by sekundę później zostać popchniętą przez mojego prężącego się rumaka, chrapiącego tak, że mnie opluł glutami, ze szczotą pod niebo i ogólną postawą ciała, że On To Zostanie Gwiazdą Pokazu Koni Arabskich (jeśli nie będzie miał konkurencji i dopuszczą półkrew...). Rozejrzałam się, to co zburzyło nasz spokój, to było dwóch idących pracowników. Przypomniałam Kaflowi, że to już trzynaście lat, jak go uczę, że nie wolno na mnie wchodzić, Kafel powiedział coś w rodzaju "no wiem, wiem, ALE", po czym stwierdziłam, że dosyć tego naturalizowania, jeszcze chwila i stanik zdejmę (a na to za zimno!) i BASTA, wsiadam, najwyżej zlecę.
Ja coś mam z tym lękiem przed zlatywaniem, faktycznie się tego boję (może najbardziej się boję konieczności pieszego wracania przez las 8 km w deszczu). No nie lubię, kurcze. Ale mam taką jeździecką odwagę społeczną, by to powiedzieć: Nie lubię spadać, boję się spadać i nie chcę spadać. Przy czym ostatni raz spadłam... w... e... jakoś w 2014-ym xD Może to jest problemem, dawno nie spadałam 😉 (A tak na serio to chodzi o to, że jestem niewyćwiczoną bułą i jak zlatywałam jako lekka i ruchliwa 14-latka to nie bolało, a jak teraz jestem stara krowa i łupnę o ziemię, to mnie tydzień łamie, strzyka i boli ;))

Oczywiście nie spadłam. Bo, jak mówiłam, ja raczej nie spadam.

Chłopak przez cały teren był taki "chrapu-chrap, ooo, galopujemy? nie galopujemy? ale czemu? chrapu-chrap bo drzewo, chrapu-chrap bo ziemia, nie galopujemy? przecież widzę brzozę, brzoza to oczywisty sygnał do galopowania! chrapu-chrap bo tak, bo łosie, deszcz, teren i bo jestem Dziecko Wiatru". Przy tym wszystkim był nadzwyczaj grzeczny (jak zwykle), raz spiął dupkę w galopie, jak mu sarna wyskoczyła spod nóg, oprócz tego zignorował stado łosi, które nie mogły się zdecydować i przekłusowały przez ścieżkę przed nami w te i z powrotem chyba cztery razy. W tym sezonie pod wycinkę poszedł spory fragment najbliższego lasu oraz pogrodzono bardzo dużo młodników, więc topografia terenu się zmieniła i stwierdzam, że na bardzo dobrze: pojawiła się nowa fajna pętla do galopu, a dwie ścieżki stały się bardziej zachęcające, odkąd nie wiodą przez chaszcze, tylko przez ogrodzone uprawy. Kaflowi też się podobało, on bardzo lubi iść po nowych ścieżkach.

Może inaczej: Kafel bardzo lubi. Wszystko. W terenie. Po znanych sobie ścieżkach zmienia nogę w galopie przed zakrętem sam z siebie i za każdym razem jest z siebie wielce zadowolony. Mam poczucie, że wtedy w jego głowie rośnie poczucie "Jestem taki mądry, że to wymyśliłem, że to przewidziałem! Najmądrzejsza Buła w lesie!". Nowe ścieżki przemierza z dumą kolonizatora. Każdą przeszkodę pokonuje z uwagą i wręcz śmiesznym skupieniem. To naprawdę dobry koń.

To tyle 🙂 Dzisiaj też fajnie, bo pojechałam w teren z koleżanką 🙂 Boi mnie tyłek, bo głównie stępowałyśmy - plotkowanie nie lubi kłusa i galopu (szczególnie gdy konie nie chcą iść obok siebie).

Czyli tzw. rysunek?

Kiedy miałam 7-12 lat, proste rysunki na ujeżdżalni były dla mnie po prostu sztuką samą w sobie. Jeździłam jako-tako i zrobienie ładnej wolty nie tylko było trudne, a wręcz niemożliwe. Nie posiadałam jeszcze umiejętności do wyginania i ustawiania konia. Huculskie wygi szkółkowe stanowiły wyzwanie nawet dla doświadczonego jeźdźca pod względem tak "zaawansowanych" elementów jak koła czy wężyki.

Na początku naszej jeździeckiej kariery figury na ujeżdżalni pełnią następujące role:
1. Stanowią wyzwanie w wykonaniu
2. Uczą tego, jak ważna jest precyzja w jeździectwie
3. Dają podstawy do późniejszych trudniejszych elementów
4. Uczą konsekwencji
5. Uczą zasad poruszania się po ujeżdżalni

Ten ostatni punkt o zasadach jest bardzo istotny. Figury pozwalają przewidzieć zachowanie się innych użytkowników ujeżdżalni. Nie wpadamy na siebie nawzajem, bo potrafimy przewidzieć, że ktoś, kto jedzie właśnie przekątną, nie postanowi w 1/3 zrobić skoku w bok, wykonać pół kółka i promil serpentyny, po czym eleganckim esem-floresem odjechać w dowolnym kierunku (to znaczy zawsze istnieje ryzyko, że coś takiego zrobi, ale to będzie decyzja konia).

Zasady pozwalają na organizację solidniejszego treningu, bo mamy wyrobiony wspólny język z instruktorem i możemy skupić się na dodaniach na przekątnej, a nie ustalaniu, czym jest przekątna. Koniec końców, figury te są znane również koniom, dzięki czemu unikamy bałaganu komunikacyjnego. Na początku nauki jazdy konnej często dochodzi do nieporozumień i może nie zawsze masz poczucie, że koń to twój partner, ale kon to naprawdę twój partner! Także w tym sensie, że zna swoją pracę i zna te figury.

Kiedy już potrafimy w miarę wykonywać rysunki, nasze proste przypominają proste, a koła bywają okrągłe, możemy zacząć się skupiać na tym, co robi się podczas figur. Podczas jeżdżenia figur dba się o ustawienie konia, wykonuje dodania i skrócenia, wpisuje chody boczne, poprawia się równowagę, rytm, rozluźnienie i ciąg dalszy piramidy. Wszystkie figury są potrzebne w gimnastyce skokowej, która łączy skoki z ujeżdżeniem. Kilka przykładów:

  1. Półwolty przestają być jedynie zmianą kierunku, stają się podstawą do nauki kontrgalopu, elementu potrzebnego w gimnastyce i nauce lotnych zmian nogi, a także chodów bocznych.
  2. Wolty w kłusie przestają być katorgą ("większe to kółko!" "nie daj mu przejść do stępa!"). Na łukach różnej wielkości będziesz wyciszać nadpobudliwego konia, poprawisz ustawienie na pomoce. Dzięki jeździe po kole w niższym ustawieniu i żuciu z ręki rozciągniesz grzbiet konia.
  3. Wężyki poprawią elastyczność. Serpentynami dodatkowo wprowadzisz dyscyplinę i sprawdzisz, czy potraficie wraz z koniem żonglować łukami i prostymi.
  4. Na długich prostych - np. przekątnej - będzie można poprawić równowagę konia przy chodach dodanych i wyciągniętych. Zachowanie linii prostej da przestrzeń do ćwiczenia lotnych zmian nóg w galopie.
  5. Na ósemce sprawdzimy równość konia, jest to również dobra figura do ćwiczenia lotnych zmian.

Przykłady można mnożyć, to tylko kilka najprostszych. Tak więc - niech wasze wolty będą mniej więcej okrągłe, a proste - bez kantów!

Tutaj znajdziecie arkusze do wydrukowania, które pomogą wam w teoretycznej nauce figur na ujeżdżalni 🙂