Opublikowano:

Co mi się nie podoba w powszechnym jeździectwie?

Mam taką cechę w sobie, która każe mi iść nie z prądem, nie pod prąd – tylko z boku. Miałam tak od zawsze. Kiepsko idzie mi rywalizacja, za to chętnie eksploruję alternatywne ścieżki. Także dosłownie, gdy przychodzi do podążania szlakiem, albo za GPS-em. Lubię sprawdzać, czy istnieją inne sposoby, inne techniki, inne podejścia. Czasem oznaczało to pałę z klasówki (no tak, sposób nauczyciela rozwiązywania zadań ostatecznie był lepszy…), czasem noszenie dziwnych ubrań, czasem bojkotowanie obuwia. Jako że jeździectwo jest pełne zasad, zawsze dawało mi to pole do popisu, by spróbować robić inaczej.
Takie zdjęcie objawiło mi się na Fejsiku:

To tylko uchwycona chwila, więc jest tylko tym, czym się zdaje. Uznajmy jednak, że jest to coś więcej, niż tylko moment. Że jest to pewien dłuższy, reprezentatywny stan.

Kto jest na tym zdjęciu? Już chciałam napisać, że nie wiem, ale pewnie łatwo sprawdzić. No tak, łatwo sprawdzić, mamy przecież taką magie jak OMG wyszukiwanie obrazem. Jest to więc Otto Lörke. Po niemiecku wiem tylko jak jest „ogórek”, „koń” i „zabytki”, więc co Wikipedia o nim mówi, to za bardzo nie wiem, ale wygląda na to, że trener ów i zawodnik ujeżdżenia na IO w 1936 roku wywalczył złoto. To były inne czasy, inne ujeżdżenie. Przeglądając zdjęcia tego trenera widzimy, jak wiele się zmieniło. Zarówno na gorsze, jak i na lepsze. Ale ja nie do końca chciałam o dawnym mistrzu, a o powyższym obrazku. Są na nim trzy rzeczy, które mi się strasznie podobają.

  1. Jeździec sobie gdzieś tam patrzy
  2. Jeździec wygląda, jakby na koniu był od niechcenia
  3. Lekka wodza

W internetach są ochy i achy nad tym powyższym zdjęciem. Trzeba pamiętać, że jest zrobione pod bardzo korzystnym kątem. Pamiętajcie – jeśli chcecie zakamuflować wszelkie niedoskonałości jazdy, dosiadu, zaangażowania zadu, ustawienia głowy – róbcie fotki pod kątem, czy to z przodu, czy to z tyłu. Trudno jest ocenić, jak naprawdę „wygląda”, a tym bardziej jak niesie się koń.

Dobra, do sedna! Obecnie by można było powiedzieć, że jeździec:

  1. Jest rozproszony, bez szacunku, nieskupiony na koniu
  2. Koń nie jest na kontakcie, jest za kiełznem, unika go
  3. A w ogóle to stopa za głęboko w strzemię i piętę niżej
  4. NO I GDZIE KASK JA SIĘ PYTAM?! I czy w ogóle pod siodłem jest czaprak???? Halo, policja, proszę przyjechać do Niemiec w 1953 roku!!1!

Pewnie znalazłoby się więcej powodów do narzekania. Tylko że ja nie chce narzekać. Jest taki głos w jeździectwie, by podczas jazdy w 100% skupiać się na koniu i samym sobie. Że moment, w którym wsiadasz na konia, czy w ogóle zbliżasz się do niego, jest już momentem, kiedy go trenujesz. To poniekąd prawda, ale ważny jest złoty środek. W jeździectwie współczesnym ostatecznie celem jest jeździectwo, więc nic dziwnego, że instruktor wymaga od jeźdźca maksymalnego skupienia. Mówi się – i ja też chętnie to powtarzam – że jeździectwo to droga bez końca. Zawsze można być lepszym, każda okazja do nauki jest dobra. Gdzie w takim razie należy postawić granicę „ujeżdżenia konia”? Kiedy koń jest „ujeżdżony”?

Tradycyjne definicje odpowiadają na to pytanie. Na to pytanie odpowiada również powyższe zdjęcie. Koń jest ujeżdżony wtedy, kiedy można sobie na nim po prostu jechać i patrzeć w siną dal, albo poświęcać całą swoją uwagę na próbę ustalenia, czy ten punkt na horyzoncie to Zdzisiek, błagam, niech to nie będzie Zdzisiek, nie znoszę dziada, wciąż mi wisi stówę, a za każdym razem się wykręca, proszenie go o zwrot kasy za każdym razem jest upokarzające, to ja już wolę go nie widzieć i o kasę nie prosić… Więc koń jest ujeżdżony wtedy, kiedy niczym pan Otto patrzysz sobie gdzieś hen daleko i o koniu nie myślisz, tylko koń za tą myślą podąża i po prostu idzie, gdzie chcesz i jak chcesz. W tym momencie od razu pojawia się odpowiedź na analogiczne pytanie, czyli kiedy jeździec umie jeździć? Ano wtedy, kiedy jedzie tak po prostu, bez tego stuprocentowego skupienia na jeździe.

Lekka wodza, jak to się mówi: trzymana w dwóch palcach, albo jakby z jajkiem w dłoni, jest totalnie niepopularna. Niby się mówi i pisze, że taka ma być, że to ideał, ale jakoś tego ideału się nie widzi… to znaczy nie widzi się w sportowym ujeżdżeniu.

Pamiętam jak na kursie instruktorskim pan trener, a może pani trener? już nie pamiętam, ale oba nazwiska znane… więc któreś z nich prowadziło zajęcia teoretyczne. Poziom na kursie był niewyrównany. Omawialiśmy podstawy, by cześć grupy nadgoniła. Rodzaje chodów, wiecie, swobodny, roboczy, pośredni, zebrany, wyciągnięty. I wywiązała się dyskusja, czemu tylko stęp jest swobodny, natomiast nie ma swobodnego kłusa i galopu. To na pewno była ciekawa rozmowa, tylko że nie zapamiętałam z niej nic, oprócz dziwacznej odpowiedzi prowadzącego/prowadzącej: otóż nie ma galopu swobodnego, ponieważ jazda na luźnej wodzy w galopie jest NIEBEZPIECZNA. Tak konkretnie: koń może się potknąć. Czaicie? Próbowałam wspomnieć o tym, że konie potrafią galopować bez mocnego kontaktu, np. na pastwisku, kiedy nie mają żadnego kontaktu. Albo w całym stylu westernowym. Albo ci wszyscy bezogłowiowcy też galopują bez kontaktu, bo nie mają żadnej wodzy, a konie się nie potykają. To znaczy czasem się potykają, bo koniom zdarza się potknąć, ale to nie przez brak nacisku wędzidła na język i dziąsło.

Nie, nie, nie. Niebezpieczne. Nie wolno.

No ej!

Więc pierwsza rzecz, jaka mi się nie podoba w powszechnym jeździectwie, to uzależnienie od tej wodzy na kontakcie. Nie wyobrażam sobie jeździć na koniu, któremu nie mogę w dowolnym momencie i w dowolnym chodzie całkowicie oddać wodzy. To znaczy wyobrażam to sobie, bo większość koni rekreacyjnych, gdy im się na kole puści wodze, to odfruną gdzieś na ścieżkę. Nie wyobrażam sobie, żebym mając swojego konia, nie próbowała jednak nauczyć go utrzymywać chód, rytm i ustawienie niezależnie od jakiś sznurków między głową a ręką. I nie mówię tutaj tylko o kilku skokach galopu, bo to standardowe ćwiczenie sprawdzające samonoszenie się konia. Mi chodzi o sytuację, w której stwierdzasz, że ci zimno w ręce i wolisz je trzymać w kieszeni kurtki z elektrycznymi rozgrzewaczami, a nie na zewnątrz, z wodzami między palcami. I możesz sobie spokojnie odbyć taką jazdę. Albo że bolą cię nadgarstki bo coś i wobec tego tego dnia będziesz trzymać tylko za sprzączkę i używać jedynie nacisku na szyję. Albo zerwie ci się w 10 minucie spaceru wodza i stwierdzisz, że dobra, pozostałe 50 minut poradzisz sobie bez, zerwana wodza to błahy powód, by wracać do stajni 😉

Druga rzecz, która mi się nie podoba w powszechnym jeździectwie, to zapominanie o uczeniu ludzi, żeby jeździli docelowo „tak po prostu”. Myślę, że instruktor powinien umieć zaaranżować taką sytuację, w której jeździec, nawet jeśli wciąż jeżdżący bardzo niedoskonale, poczuje się na koniu pewnie, swobodnie i umiejętnie, bez „dawania z siebie wszystkiego” i ciągłego powtarzania w myślach wskazówek instruktora. Dość oczywistą taktyką osiągania takiego stanu są atrakcyjne i jednocześnie bezstresowe wyjazdy w teren, kiedy jeździec może sobie wreszcie pomyśleć „TAK! Po to się uczę jeździć, by było tak fajnie, jak teraz!”. Ale to temat znacznie obszerniejszy niż tylko wyjazdy w teren.

Trzecia rzecz, jaka mi się nie podoba, to przywiązanie do stylów i dyscyplin. Słowem: podziałów. Bez dyscyplin nie ma sportu, bez podziałów nie ma organizacji, bez stylu nie ma norm, a więc i sprawnego, sprawdzonego szkolenia – ja to rozumiem. To działa na korzyść zarówno jeźdźców, jak i koni, które są ustandaryzowane i gdy wsiada na nie inny jeździec, para jest w stanie się dogadać, bo rozumie wspólny język. Tylko że jednocześnie brak jest pewnej swobody. A może edukacji o tej swobodzie. O tym, że wiele zasad jest wynikłych z tradycji i stylu, w znaczeniu wręcz dosłownym: stylówy. Że wiele zasad działa nie dlatego, że są święte, ale dlatego, że wszyscy ich konsekwentnie przestrzegają i konie je znają. I wszystko jest w porządku, niech sobie będą powszechnie przestrzegane, ale ze zrozumieniem, że ich działanie nie jest uzasadnione behawioralnie. Naprawdę konia nie trzeba prowadzić na wysokości prawego ramienia. To nie jest tak, że jak konia poprowadzisz inaczej, to mu się mózg przegrzeje i cię za to zabije. Ja tam wolę prowadzić konia trzy kroki za plecami, w takiej odległości, żeby mi butów nie zdejmował. Niech się trzyma z tyłu, a ja będę mogła w tym czasie pogadać z koleżanką, z którą poszłam na padok, spokojnie schylić się po zauważonego śmiecia, albo zrobić sobie i koniowi selfie, na którym będzie widać coś więcej, niż same chrapy i pół oka. W ogóle będę mogła swobodnie iść, a nie z wielką głową przy ręce.

Czwarta rzecz to drobiazg. Wsiadanie i zsiadanie z lewej strony konia. Naprawdę, trzymanie się tej zasady uważam za dziwactwo. I myslę, że na punkcie czwartym skończę, póki się nie nakręciłam i nie doszłam do punktu setnego 😉

A foteczka archiwalna ciekawa, prawda? Ciekawe jest też czytanie, że jest reprezentatywna dla dawnego ujeżdżenia. Tak jak mówiłam, to moment. Jeśli przejrzycie inne zdjęcia, szczególnie te z przejazdów, zobaczycie, że pan Otto niekoniecznie jeździł z luźną wodzą i głową w chmurach. Co nie zmienia faktu – dobrze jest mieć konia, który poradzi sobie sam, kiedy będziesz sprawdzać coś na telefonie. Nawet jeśli uznasz, że to sprawdzenie – na przykład tempa – jest konieczne w środku galopu i dla bezpieczeństwa telefonu, musisz go trzymać obiema rękoma. Bo zasady zasadami, telefonu na koniu nie wolno, skandal takie zachowanie. A tak szczerze… kto z nas nigdy, ale to absolutnie nigdy nie sprawdza niczego na telefonie?

Tak więc nowoczesne ujeżdżenie powinno mieć galop po przekątnej na luźnej wodzy, dla odwzorowania realnych potrzeb wyszkolenia konia 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *