Przeskocz do treści

Cierpienia średniomłodego koniarza

Więc jest tak, że sobie teraz wsiadam raz czy dwa razy w tygodniu na konia stojącego w pobliskiej stajni, co jest w ogólefajną historią, bo w tej kwestii odezwała się do mnie niejaka Agnieszka, skojarzyła fakty (ja - pod Warszawą, Kafel - na Mazurach, wspomniany koń - przez jakiś czas bez ruchu) i zadzwoniła i w ten sposób sobie wsiadam, nie narzekam, fajnie fajnie.

Bardzo mi to leży, bo mam kontakt z końmi sporadyczny, jeżdżę w kratkę, a poza tym twardo od 2 stycznia trzymam dietę (trzymałabym od 1, ale wtedy były zamknięte sklepy i nie mogłam kupić wagi i się przestraszyć), wciąż jestem puchata buła, ale osiem kilo już poszło no i każdy sport jest dla mnie na wagę złota, przy czym warto zauważyć, że ja nie lubię żadnych sportów poza jeździectwem i kajakarstwem, a pora roku kajakom nie służy.

W każdym razie tam są schodki, a ja sobie obliczyłam, że tak pokochałam ideę dbania o konia oraz ideę kultywowania wartości lenistwa, że od 10-tego roku życia nie wsiadam inaczej niż po schodkach.

To nie tak, że ja nie umiem wsiąść na konia po strzemieniu. To jak z bieganiem. Przecież umiem biegać! Tylko po prostu zajebiście tego nie lubię.

Więc biorę konia pod schodki, a tu się okazuje, że on mi kątem prostym do schodków. I tak sobie myślę, ooo nieee, nie ze mną takie numery, przerobimy to. I jeszcze raz podprowadzam i ten znowu pod kątem prostym i podprowadzam jak trzeba trzeci raz i w tym momencie koń stoi na baczność, jak pod linijkę wzdłuż schodków, prawie strzemieniem o te schodki zahacza, prawie pode mnie wchodzi, noga przy nodze jak na wojskowej musztrze, najlepiej wychowany koń świata.

No tak - dziad kątem oka zauważył trenera.

Przy kolejnej wizycie uznałam, że mam w nosie schodki, że nie to nie, będę wsiadać jak tradycja nakazała z ziemi. Strzemienia sobie nie wyciągnę, bo po co, dziewictwo dawno straciłam, nic nie stracę robiąc szpagat, zresztą mocno przesadzam, bo koń nie z tych największych, a jak z tych nierozciągniętych, i tak szpagatu nie będzie. I kilka osób się kręci, więc błagam moją pamięć mięśniową, by odgrzebała ze swych zakamarków schematy na dosiadanie konia z ziemi, żeby przypału nie było, że nie umiem na konia wsiąść.

I tak sobie myślę, że mój olimpijski wyczyn musiał wyglądać bardzo elegancko. Hyc! i już w siodle (no jak z bieganiem albo sprzątaniem - nie mam w zwyczaju tego robić, ale umiem). Ale żebyście wy wiedziały, jakie to wewnętrzne cierpienia się we mnie w trakcie tej czynności działy! Czas jakby stanął w miejscu, całe życie przewinęło się przed oczami, każdy mięsień zaangażował się w to wiekopomne wydarzenie, kiedy to nie wsiadłam po schodkach.

Przyznam, że wolę schodki i dalej będę gadać, że chodzi o dobro konia, symetrię siodła, niewyciąganie puślisk. Hej, poza tym prawdziwe damy nie wskakują jak jakiś chłop! My robimy to elegancko, a do tego po prostu TRZEBA mieć schodki. W ogóle, ale to w ogóle nie chodzi o to, że pupa do ziemi ciąży.

Jeszcze dodam, że w czasach swej młodzieńczej świetności, kiedy to nie pytano mnie o dowód, bo było jasne, że go nie mam, bez większego problemu wskakiwałam na każdego konia poniżej 164 cm (pamiętam dokładnie, bo o konkretnym koniu mowa), a na takie powyżej 164 cm to po prostu musiałam się trochę bardziej wysilić. Pamiętam, jak Kafel dzielnie znosił te nauki, kiedy to odbijałam się o niego, kopałam kolanami w rozpaczliwej próbie wdrapania się, a potem lądowałam na dupsku po drugiej stronie, bo czegoś nie wymierzyłam i wychodziło koślawe przeskoczenie. Pamiętam, że go do tego katowałam z obu stron, bo przecież umiejętność wskoczenia z lewej to tylko połowiczny sukces. Dzielna chabeta to znosiła, ani kroku nie zrobiła i to jest mój challenge na 2018, móc znów bez problemu wskoczyć na konia przynajmniej 150 cm, znaczy się Kafla, i go przy okazji nie zabić ani nie kontuzjować (i siebie też nie).

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *